Czym według mnie jest Odległa Galaktyka?


twinsuns

„Dawno, dawno temu w odległej galaktyce…”

Młody, wychowany przez wujostwo gdzieś na pustyni, chłopiec podjął decyzję, która zaważyła na losach miliardów istnień zamieszkujących ową galaktykę.

Wszyscy doskonale znamy tę historię. Nie muszę mówić, ani kim był ten chłopiec, ani jaką decyzję podjął. Wiemy także, co stało się w międzyczasie, co doprowadziło do przemiany naiwnego i nieco porywczego młodzika w mądrego, rozważnego mistrza. To dla prezentowanego w poniższym tekście problemu nie ma specjalnego znaczenia. Znaczenie ma za to sam chłopiec/mistrz oraz całkowite niedopasowanie do dzisiejszych czasów, nie tyle nieaktualność, co nierzeczywistość jego postawy.

Już zaskoczeni? Zdenerwowani?

Poczekajcie, aż przeczytacie kolejne zdanie.

Największy przeciwnik chłopca, czarny cień o krótkim, acz sugestywnie brzmiącym imieniu, który terroryzuje galaktykę mieczem o rubinowym ostrzu, jest równie przestarzały jak sam bohater. Pozostaje archetypem, jednak kompletnie niedostosowanym do dzisiejszych realiów.

Już daliście sobie spokój z tym tekstem, może dodatkowo obdarzając autora niewybrednymi komentarzami na temat jego tupetu czy pretensjonalności wypowiedzi?

Nie? To całe szczęście. Przynajmniej będę miał szansę się wytłumaczyć.

Kocham Gwiezdne Wojny. Kocham je miłością szczerą, wierną i niezachwianą. Odkąd, jako nieświadomy większości rzeczy sześciolatek, po raz pierwszy obejrzałem Nową Nadzieję – nagraną „z telewizora” na kasecie video – zakochałem się w tej prostej, ale jakże epickiej historii. Dla kilkuletniego podrostka, film, w którym nastolatek, biorący w jednej scenie do ręki świecący miecz, a w drugiej ruszający do walki ze Złem, był czymś tak doskonałym, że przebijał nawet niedoścignioną wspaniałość Króla Lwa. Co więcej, wspólne oglądanie kolejnych części Oryginalnej Trylogii – w podobnej jakości, jak część IV – stworzyło pomiędzy mną i tatą specyficzną więź obfitującą zarówno w półlegendarne anegdoty, jak i bodaj najbardziej osobliwą z naszych rodzinnych tradycji. Podobno, kiedy miałem siedem, czy osiem lat – mój tata powtarza tę historię za każdym razem, kiedy zdarza nam się oglądać Imperium Kontratakuje – po wiadomej scenie spytałem „Jak to jest jego tata, to czemu odciął mu rękę?”.

Dla naiwnego dziecka, niezdającego sobie sprawy ze złożoności życiorysu Lorda Vadera – jak większość fanów w 1999 roku – zrozumienie, jak ojciec może skrzywdzić dziecko była nie do pomyślenia. Podobnym niezrozumieniem wykazałem po obejrzeniu Mrocznego Widma. Mój tata dopilnował, żeby przed seansem pierwszej części miał za sobą historię Luke’a, ale mimo to, nie mogłem zrozumieć dwóch rzeczy: Dlaczego Anakin musiał zostawić swoją mamę na Tatooine i jakim cudem ten chłopak i gość odcinający ręce swojemu dziecku to ta sama osoba?

Latka leciały, do sagi dołączały nowe części, a w mojej głowie narodziły się liczne przemyślenia dotyczące różnić pomiędzy Oryginalną a Nową Trylogią oraz – rzecz jasna – Przebudzeniem Mocy. Bo chociaż zgodzę się z popularną opinią, iż Przebudzenie jest utrzymane w duchu części IVVI, to w żadnym razie nie mogę zgodzić się, że jest ona remake’em Nowej Nadziei.

Oczywiście, wiele już na ten temat powiedziano, napisano artykułów, stworzono rozpraw, zorganizowano konferencji – podejrzewam, że zdarzyła się nawet jedna, czy dwie prace doktorskie – dlatego jestem pewien, że tym tekstem Ameryki nie odkryję, jednak nie w tym rzecz. Moje wywody mają za zadanie udowodnić, że Gwiezdne Wojny nie tylko odzwierciedlają aktualne problemy społeczno-polityczne, ale jednocześnie wychodzą naprzeciw oczekiwaniom widzów.

Ale, po kolei.

Nowa Nadzieja to film świetny, niespotykane połączenie akcji, science-fiction i metafizyki, wplecione w epicką historię o walce dobra ze złem oraz doprawione licznymi wątkami obyczajowymi. Jednakże z drugiej strony, jest także dziełem – piszę to, będąc świadomym, na jak ciężką próbę wystawiam wolę czytających – bezpiecznym, naiwnym oraz w gruncie rzeczy propagandowym.

Dlaczego?

Ano dlatego, że takie były czasy. Końcówka lat siedemdziesiątych to ciągły wyścig o dominację pomiędzy totalitarnym molochem Związku Radzieckiego, a „krainą wolnych”, czyli mitycznym Zachodem, w którym pierwsze skrzypce grały Stany Zjednoczone. W kinie mamy więc autorytarne, oparte na ucisku i przemocy Imperium – syntezę najgorszych cech dwudziestowiecznych reżimów totalitarnych – z rozbudowanym aparatem represji oraz terroru personifikowanym przez Dartha Vadera. Jego przeciwieństwem jest Sojusz Rebeliantów, duchowy spadkobierca Starej Republiki, który walczy z reżimem niestudzenie, heroicznie i bez skazy – przynajmniej do tegorocznego Łotra 1.

Świat przedstawiony poznajemy poprzez podróż pełnego dobrych chęci i ideałów chłopca, który – bez specjalnie widocznej chęci zemsty za śmierć wujostwa – pragnie wyrwać się z pustynnej dziury i „czegoś dokonać”. Ten sposób myślenia jest oczywiście charakterystyczny zarówno dla większości młodych ludzi, ale był także bardzo bliski filozofii każdego Amerykanina. Któremu z naszych szacownych przodków – czy to rodziców, czy to dziadków – nie zdarzyło się powiedzieć kiedyś, że Ameryka to zupełnie inny świat, gdzie można właśnie „dokonać czegoś wielkiego”?

Wątek Luke’a to oczywiście wątek drogi, krętej, niełatwej, ale koniec końców szczęśliwej. Wszystkie jego pierwotne założenia, że dobro, prawda i uczciwość zwyciężają, a nadzieja nigdy nie umiera, zostają spełnione. Piękna historia, ku pokrzepieniu serc.

Z drugiej strony – i wiem, że zabrzmi to jak jakaś wyjątkowo oklepana „prawda objawiona” – negatywni bohaterowie są źli dla samego bycia złymi. Motywacje Dartha Vadera z Nowej Nadziei nie są przecież w żaden sposób zarysowane, jest tylko najbrutalniejszym z trybików w całym mechanizmie opresji. Z resztą jest podobnie; o ile w wypadku wielkiego moffa Tarkina możemy mówić o wybujałej ambicji przekładającej się na zdobycie jak największej władzy, nawet po trupach, to Vader nie ma żadnych, głębszych pobudek, poza sugestiami, że chce się zemścić na Obi-Wanie za dawne krzywdy.

Oczywiście jego wątek rozwijają kolejne części sagi, w których dowiadujemy się czegoś więcej o tragicznym losie Anakina, jednakże po pierwsze nie poznajemy rzeczywistych powodów jego przejścia na Ciemną Stronę, a po drugie, personifikację wcielonego zła bierze na siebie Imperator. Nie wydaje mi się, żeby specjalnie przeszkadzało to w odbiorze dzieła, ponieważ w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych zwyczajnie nie oczekiwano kreślenia portretów psychologicznych przeciwników głównych bohaterów filmów przygodowych. Pomiędzy tym, co dobre i tym, co złe istniała grubo i dobitnie zarysowana granica – demokracja i wolny rynek były ok, komuniści nie. Dzisiaj coś takiego jest nie do pomyślenia i zostaje silnie wytykane zarówno przez krytyków, jak i widzów.

Poniżej staram się zaprezentować diagnozę, dlaczego.

Wraz z upadkiem największego wroga Stanów Zjednoczonych, pojawiły się polityczne zawirowania, udowadniające, że w demokracji lat ’90 także nie wszystko jest ok. Gwoli wyjaśnienia, nie twierdzę, że do 1989 roku zachodnie demokracje były jakimiś Utopiami – targały nimi takie kwestie jak rasizm, seksizm, czy nierówności społeczne – chodzi mi o to, że silniejszy kontrast istniał pomiędzy demokracją, a systemami totalitarnymi.

Jednocześnie, stopniowo uległ zmianie sposób postrzegania bohaterów przez widza w kinie bohaterskim. Nie chodzi tu jeszcze o współczesne poglądy, że postać krystalicznie czysta, to postać nierzeczywista, ale w końcówce wieku XX skończyło się łączenie cech bohatera z wyznawanym systemem politycznych wartości – na przykład miejsce wroga Jamesa Bonda zamiast narcystycznego komunisty-fanatyka, zajął bezduszny potentat medialny, ewentualnie rozczarowany polityką własnego rządu były agent. Tym samym jednowymiarowe postacie – monumenty nie były postrzegane dłużej jako takie, z którymi można się utożsamić. Słowem, część widzów przestała podchodzić do kina rozrywkowego na zasadzie polepszenia sobie humoru – zaczęły raczkować oczekiwania wobec blockbusterów.

Należę do tych fanów Gwiezdnych Wojen, którzy lubią i bardzo szanują dorobek Prequelowej Trylogii, będąc jednocześnie świadomymi jej – licznych, co tu dużo ukrywać – mankamentów. Powiedziawszy to, uprzedzam, że z uporem maniaka będę bronił swojego stanowiska, iż Lucasowi wyszły na 110 procent dwie rzeczy: przekonujące ukazanie niedoskonałości Starej Republiki oraz tragizmu postaci Anakina Skywalkera.

W pierwszym przypadku mamy twór polityczny oparty co prawda na wspaniałych założeniach, ale w rzeczywistości przeżarty przez korupcję, partykularne interesy poszczególnych frakcji oraz wszechobecną biurokrację. Z tego odrywa się w pewnym momencie Konfederacja Niezależnych Systemów – czyli Separatyści – której w żadnym razie nie kibicujemy, bo wiemy, że na ich czele stoją goście z czerwonymi mieczami. Jednak jeżeli wczytamy bądź wsłuchamy się w argumentację poszczególnych separatystów – polecam szczególnie serial Wojny Klonów oraz książkową adaptację Zemsty Sithów – dowiemy się, że za odejściem od Republiki stoją znacznie bardziej skomplikowane powody, niż ambicja, chęć wzbogacenia się, czy „bycie-złym-dla-samego-bycia-złym”.

Dzięki Prequelowej Trylogii dowiadujemy się także znacznie więcej na temat Sidiousa. Oczywiście to dalej zły przez duże zet, a do tego doskonały manipulator. Jest na tyle skuteczny, że dają mu się skusić, niepozbawiony wyrachowania i ponurej ambicji, idealista polityczny, jakim jest Dooku oraz fanatyk ogarnięty pragnieniem zemsty i – jak wiemy z mniej lub bardziej kanonicznych dzieł – zwyczajnie przywiązany do Palpatine’a Darth Maul.

Sidiousa napędza mieszanina tych dwóch motywacji; pragnie dominacji oraz zemsty na Jedi – kwestia tego, czy jest to zemsta dlatego, by zatryumfowała Ciemna Strona, czy też kryją się za tym jakieś dodatkowe motywy pozostaje sprawą otwartą. W każdym razie, wraz z nastaniem Prequelowej Trylogii, zło przestaje być czymś banalnie jednowymiarowym, papierowym „bo tak”, którego znakami rozpoznawczymi są wyłącznie czarne płaszcze i czerwone klingi świetlnych mieczy.

Dostajemy także zupełnie innego głównego bohatera. Co prawda on również chce być kimś wielkim, „bo o tym śnił” i mieszka na Tatooine, ale na tym się kończą podobieństwa do Luke’a. Anakin musi się bowiem zmierzyć ze znacznie większą brutalnością otaczającego go świata. W młodym wieku doświadczył po kolei bycia niewolnikiem, rozczarowania, że Republika nie ruszy w tej sprawie nawet palcem, rozstania z matką, utraty jedynego mentora, który – w mniemaniu samego Skywalkera – całkowicie go rozumiał, a na koniec stał się, wbrew sobie, solą w oku Rady Jedi. To wszystko, połączone z rozczarowaniem wojną oraz panicznym strachem przed utratą doprowadziły do tragicznej przemiany w Dartha Vadera. W żadnym razie go nie rozgrzeszam, zrobił to przecież świadomie, ale nie z powodu niepohamowanej ambicji i niecierpliwości.

Podział na Zło i Dobro, choć nadal wyraźny, zaczął się w Prequelowej Trylogii zacierać. Pojawiły się odcienie szarości i tak nieobecne w częściach IVVI pojęcie kompromisu, przez co bohaterowie tej monumentalnej historii nabrali bardziej ludzkiego charakteru. Tym tropem podążyło Przebudzenie Mocy. Ten film jest znakiem czasu, ale wychodzi jednocześnie naprzeciw oczekiwaniom wszystkich – zarówno konserwatywnych, jak i postępowych fanów. Doskonale ukazuje to trójka postaci – Finn, Rey oraz Kylo Ren.

Główną bohaterką jest młoda osoba, nieznająca swoich rodziców – raczej nie sierota – która sama stara się przetrwać na surowym, brutalnym – i tak, pustynnym – świecie. To, co ją odróżnia od poprzednich bohaterów, to przede wszystkim motywacja; chociaż posiada liczne talenty i los stawia przed nią zadanie mające kolosalne znaczenie dla losów galaktyki, Rey przez większość filmu chce wrócić na Jakku, bo czeka na powrót rodziców. Jej początkowa naiwność szybko zostaje wypunktowana przez Maz Kanatę, a dziewczyna przechodzi bolesną przemianę i bierze na swoje barki los galaktyki, bynajmniej bez specjalnych chęci.

Czy jest tym rzeczywistym Wybrańcem, czy tylko jego inkarnacją? Nie mam pojęcia, ale liczę, że się dowiemy.

Finn to z kolei nie do końca sztampowa postać nawróconego złego. Wręcz przeciwnie, jest prawdziwym poczciwcem zmuszonym do czynienia zła. Taka postawa jest w pewien sposób najwyraźniejszym symbolem zerwania z trwającym przez dziesięciolecia uogólnieniem, że szturmowcy nie myśleli, tylko pokornie wykonywali wszystkie polecenia.

Na koniec zostawiłem Kylo Rena, który może stać się postacią jeszcze tragiczniejszą niż Anakin Skywalker. Na razie wiemy, że miał ogromny potencjał i dał się uwieść Snoke’owi oraz „potędze Ciemnej Strony Mocy”. Brzmi to bardzo podobnie do opisu Vadera z Nowej Nadziei, jednak, w przeciwieństwie do lorda Sithów, mamy już przynajmniej zalążki dodatkowych informacji. Z wypowiedzi poszczególnych bohaterów, kreuje się obraz skonfliktowanego wewnętrznie młodego człowieka, niepotrafiącego dogadać się z rodzicami, świadomego czynów, jakich dokonał jego dziadek. Brak zrozumienia oraz fascynacja Vaderem to ledwie wierzchołek góry lodowej, niemniej jednak już teraz jego motywacja wydaje się bardziej przekonująca, niż „niecierpliwość i niepohamowana ambicja”.

Jednakże Przebudzenie Mocy wyszło naprzeciw także tym, którzy po siódmej części oczekiwali kontynuacji uniwersalnej, pokrzepiającej serca baśni o walce nielicznych prawych z przeważającą podłością. Po przeciwnych stronach stanął więc Ruch Oporu i Najwyższy Porządek, organizacje, które zaadaptowały spuściznę kolejno Sojuszu i Imperium.

Najwyższy Porządek to rasistowska organizacja zarządzana przez fanatyków, której jedynym celem jest oczyszczenie galaktyki ze Nowej Republiki. Warto zauważyć, że ta organizacja, prócz wyrazistego Kylo Rena, posiada przywódców, o których nic nie wiemy. Są to albo bezduszni oficerowie z obsesją na punkcie regulaminu – Phasma – albo radykalni wyznawcy imperialnych idei – Hux. Póki co, daleko im do wojskowych oficerów w starym stylu pokroju moffa Tarkina, ale mimo to są autentyczni. Nie żyjemy przecież w dobie wielkich, wojskowych imperiów zagrażających światowemu pokojowi, ale właśnie paramilitarnych organizacji czerpiących oraz dostosowujących ideologię minionych reżimów do obecnej sytuacji politycznej.

Także „strona dobra” przeszła ewolucję. Ruch Oporu nie jest integralną częścią Republiki, tylko garstką aktywistów stawiająca czoło rosnącemu zagrożeniu wbrew opinii większości. Bez zagłębiania się w szczegóły, przykłady takich organizacji także są obecne we współczesnej historii.

Tym sposobem mogę wreszcie odnieść się do pytania stanowiącego tytuł mojego felietonu. Oczywiście, że różnice są i to głębsze niż może się wydawać na pierwszy rzut oka.

Gwiezdne Wojny zmieniają się wraz z odbiorcami, stając się komentarzem do otaczającej nas wszystkich rzeczywistości. Jednakże, przy wszystkich tych zmianach, twórcom udało się zachować specyficznego ducha, coś wyjątkowo ulotnego, co sprawia, że rodzinna tradycja piszącego te słowa, jaka zaczęła się niemal dwadzieścia lat temu, trwa do chwili obecnej. Od czasów Mrocznego Widma, razem z tatą i bratem chodzimy wspólnie na każdy nowy film rozpoczynający się od żółtych słów wspinających się w górę ekranu. Nie jest może ona zbyt oryginalna, ale jest nasza.

I nadal sprawia tyle samo frajdy, ile oglądanie filmu na wysłużonym odtwarzaczu kaset video o chłopcu, który podjął pewną decyzję dawno, dawno temu w odległej galaktyce.


Jakub Stępień

Reklamy

One thought on “Czym według mnie jest Odległa Galaktyka?

  1. Pingback: Rebeliancka Kantyna – Kylo Ren, czyli oryginalność bolesnego dojrzewania | Star Wars: Rebelianckie Szumowiny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s