Skip to content
Reklamy

Wybrańcy wbrew swojej woli?

Kylo-Ren-Luke-Skywalker-and-Rey-in-Star-Wars-The-Last-Jedi

„Wybraniec przywróci równowagę Mocy…” 
Świetnie, ale czy ktoś w ogóle raczył zapytać go o zdanie?

Jeżeli ktoś z Was czytał mój poprzedni felieton, to wie, że w pewien sposób już nakreśliłem postawy oraz sposób zachowania poszczególnych „Wybrańców”. Służyło to przede wszystkim ukazaniu zmian, jakim na przestrzeni dziesięcioleci (a nawet wieków) podlegało tzw. „młode pokolenie”

Kolejny tekst miał traktować o czymś zupełnie innym, ale poprzez losowe perturbacje postanowiłem skupić się na rozwinięciu ciekawej, jak mi się przynajmniej zdaje, problematyki. Jakim cudem moje myśli zaczęły oscylować wokół gwiezdno-wojennej interpretacji zagadnienia mesjanizmu? Ano wystarczyły krótkie zdania Marka Hamilla.

„Luke popełnił wielki błąd, zakładając, że jego siostrzeniec jest Wybrańcem, przez co zainwestował wszystko co miał w Kylo. Obi-Wan zrobił wcześniej to samo dla niego.”

Figura mesjanistyczna jest obecna w każdej społeczności praktycznie od zarania dziejów. Predestynacja losu jednostki wybitnej związana z dokonaniem rzeczy nadzwyczajnych oraz poniesionej przy tym ofierze, najczęściej krwawej bądź bolesnej, z domeny większych i mniejszych religii przeniosła się do kultury. Od Prometeusza cierpiącego dla ludzi, Mojżesza wyprowadzającego Naród Wybrany z Egiptu, Horusa toczącego nieustanne wojny z Setem, czy Chrystusa umierającego za grzechy ludzkości dla jej zbawienia, historia prowadziła nas do legendarnych i półlegendarnych rycerzy, królów, czy świętych, bohaterów raczkującej póki co literatury. Co prawda, wraz z końcem średniowiecza idea mesjanizmu nieco osłabła, jednak powróciła (i to ze zdwojoną siłą) wraz z nastaniem romantyzmu. Era historycznej zawieruchy, niespełnionych pragnień i początku głębokich, społecznych przemian ugruntowała literacki motyw Wybrańca. Z czasem trafił i do Ameryki, gdzie został „przemielony” przez popkulturę we wszystkich możliwych konfiguracjach. Jedna z nich, dzięki George’owi Lucasowi, na stałe wpisała się do historii. 

Nie lubię używać górnolotnych stwierdzeń, ale tym razem zrobiłem to z całkiem niezłą podstawą.

Jaką?

Otóż, gdy ja zdawałem maturę (a było to już jakiś czas temu), jedynym zadaniem na egzaminie ustnym z języka polskiego było wygłoszenie krótkiej prezentacji na wybrany temat. Wybór znacznej części moich kolegów-abiturientów padł na „motyw wybrańca w literaturze”. Co prawda nie prowadziłem statystyk, ale pamiętam, że po zapoznaniu się z kilkoma bibliografiami, Gwiezdne Wojny przegrywały wyłącznie z Nowym Testamentem.

Nie chcę się zajmować tym, co wpływa na tak duże zainteresowanie społeczeństwa tematyką mesjanistyczną. Nie mam bladego pojęcia, czy jest to zakorzenione w naszym materiale genetycznym poczucie, że „nigdy nie ma nic za darmo”, czy archetyp pojedynczego osobnika cierpiącego w imię dobra ogółu pojawił się wraz z wytworzeniem podziałów plemiennych. Nie o to mi chodzi. Ja chcę się zastanowić nad tym z drugiej strony… Jak się może czuć osoba uważana za Wybrańca?

Oczywiście wszyscy fani sagi Skywalkerów wiedzą, że według Lucasa prawdziwym Wybrańcem był Anakin Skywalker. Jednak (coraz wyraźniejsze w ostatnich dniach) sugestie aktorów oraz reżyserów VII i VIII Epizodu zdają się przeczyć temu założeniu. Co więcej, ja sam (chociaż nie jest to oczywiście żaden wyznacznik) zastanawiając się nad postacią Wybrańca, doszedłem do wniosku, że, przynajmniej w pierwotnym założeniu, nie było takich planów. Do tego dochodzi moja interpretacja przepowiedni o mistycznym przywróceniu równowagi, o której też słów kilka będzie za chwilę. 

W każdym razie, wnioski nasuwające się ze wspomnianych słów Hamilla są następujące:

a) Disney odchodzi od idei mesjasza-Anakina, 
b) pojęcie „Wybrańca” wprowadzało w błąd kolejne pokolenia Jedi (konsekwencja fabularna pkt. a). 

You-Were-the-Chosen-One-Ewan-MacGregor-Star-Wars

No bo skoro Obi-Wan pomylił się w stosunku do Luke’a, myśląc, że jest Wybrańcem, to chronologicznie uczynił ten sam błąd w stosunku do jego ojca. Tym samym idea mesjańskiej istoty wprowadzającej tak wyczekiwaną równowagę staje się bardziej problematyczna, niż można było przypuszczać na początku – zważywszy, że Luke mylnie uznał za Wybrańca Bena Solo.

Takie postawienie sprawy oznaczałoby w pewien sposób jedną z przyczyn upadku zarówno ojca, jak i siostrzeńca ostatniego Jedi (nie ma się już chyba co oszukiwać, no nie?). Uznanie za Wybrańca wiązało się z ogromnym obciążeniem psychicznym. Pal sześć Luke’a, który przez całą Nową Nadzieję nie zastanawia się nad jakimikolwiek konsekwencjami i radośnie wyrusza na wyprawę, bo może wyrwać się z dziury na obrzeżach galaktyki (nie, nie jestem zbyt surowy. Przyjrzyjcie się reakcjom Luke’a; większy smutek niż po brutalnym mordzie stryjostwa odczuwał przecież po zniknięciu starego dziwaka, który uczył go… Kilka godzin?). Ale skupmy się przez chwilę na Anakinie i Benie.

Są do siebie niezwykle podobni, chociaż wychowywano ich w zupełnie różnych okresach. Anakina od dziecka przekonywano o jego wyjątkowości, wielkości i misji, jaką ma do wypełnienia, jednocześnie stawiając przed nim ogromne, jak na młodego człowieka, wymagania. Jakby tego było mało, sam Skywalker przesycony był idealistycznym pragnieniem uratowania wszystkich dookoła, na co wpływ miała trauma po śmierci matki. Zmierzenie się z ponurą prawdą, że jednak nie jest tak potężny jak zakładano, doprowadziło do skutecznego uwiedzenia go przez Sidiousa. 

Czyli uważam, że to wiara Jedi w stare proroctwa doprowadziła do tego upadku? Po części tak, chociaż powtarzam, że nie rozgrzeszam Anakina całkowicie.

Podobny problem widzę u Kylo Rena, chociaż w jego przypadku jestem świadomy, że wkraczam na pole niezweryfikowanych domysłów, spekulacji i, w najlepszym razie, elastycznych półprawd. Wiemy już, że był wybitnie uzdolniony i cechował go krewki temperament (trudno spodziewać się czegoś innego po mieszance genów Hana i Lei). Bardzo możliwe, że to postawa wuja, połączona z trudnymi kontaktami z ojcem, doprowadziła go na skraj załamania, które zaowocowało przejściem na Ciemną Stronę i fascynacją Darthem Vaderem? A idąc krok dalej, może powodem hołubienia Anakina jest przeświadczenie Bena, iż dziadek to jedyna osoba w całej galaktyce, zdolna zrozumieć jego ból? Skoro, jak sam stwierdziłem, są do siebie bardzo podobni, może Solo utożsamia przemianę w Vadera ze swoim upadkiem?

O wszystkim tym, mam nadzieję, dowiemy się już w grudniu.

Teraz wrócę jednak do pytania postawionego w tytule. Czy ktoś w ogóle raczył spytać ich o zdanie? Zakładam, że z Waszych ust pada teraz imię Qui-Gon. No tak, przykład solidny, choć zupełnie nietrafiony. Spytać małego, samotnego chłopca, czy chce zostać machającym świetlnym mieczem bohaterem, jest naprawdę genialnym pomysłem. Dziecko niemające praktycznie żadnego rozeznania w „sprawach dorosłych” podejmuje decyzję, która na zawsze zmienia jego życie w pasmo bólu, wyrzeczeń, podwójnych standardów i, no cóż, gigantycznych wyrzutów sumienia. Jestem się w stanie założyć, że tak samo wyglądała sprawa z Benem Solo. Nikt nie pokusił się o zapytanie, czy odpowiada im rola Wybrańca. Nikt. 

Wszyscy, jak galaktyka długa i szeroka, z góry założyli, że jak mają zadanie do wypełnienia, to nie dość, że podporządkują temu całe swoje życie, to jeszcze zrobią to z przysłowiowym „palcem w nosie”. Mało kto zdawał sobie sprawę, jak ogromna odpowiedzialność ciąży na tych jednostkach i jak ciężko sobie z tym poradzić (przywoływany tutaj wcześniej Obi-Wan także nie jest do końca bez winy, choć o nim również będę chciał napisać szerzej w oddzielnym tekście). Zgaduję, że Anakina nie pytano z kiepsko wyjaśnionych względów fabularnych, a Bena pewnie dlatego, że Luke był po prostu marnym nauczycielem.

No dobra, ale dlaczego do tej pory nie wspomniałem ani o Rey, ani o samym Luke’u. W przypadku odgrywanej przez uroczą Daisy Ridley bohaterki, kieruje mną wewnętrzny spokój. Przy wszystkich szumnych zapowiedziach o tym, kim lub czym okaże się Rey, jestem pewien, że scenariusz przewiduje jej wątpliwości. Pierwsza część zbudowała podwaliny pod postać postępującą wbrew sobie, ale, w przeciwieństwie do Anakina, zadającej o to nieśmiałe pytania. Druga część nie odwróci jej charakteru o sto osiemdziesiąt stopni, w obecnym kinie dominuje bowiem nacisk na stopniowy rozwój, nie rewolucyjną zmianę głównego bohatera w ciągu jednej sceny (dlatego, mimo całego mojego zachwytu, Król Artur: Legenda miecza nie jest tworem przekonującym). Mam nadzieję, że Ostatni Jedi skupi się na jej sprzeciwie wobec fabularnej predestynacji uzasadnionej wyłącznie jako „wola Mocy” i pytanie „Czy dam radę?” zostanie wyparte przez znacznie ciekawsze „Dlaczego mam dać radę?”

Został jeszcze Luke. Specjalnie na sam koniec, ponieważ mimo tej króciutkiej kwestii Hamilla, będącej kręgosłupem moim dzisiejszych wypocin, sam osobiście nie wierzę, że Obi-Wan dwa razy popełniłby ten sam błąd. Jestem niemal stuprocentowo przekonany, że to jednak Luke jest Wybrańcem, który przyniesie równowagę mocy. 

Jak to? Niby dlaczego?

Ano dlatego, że nie uważam, by „równowaga Mocy” oznaczała ostateczne usunięcie Ciemnej Strony. Jeżeli waga składa się z dwóch szal, to zrównoważenie następuje wtedy, gdy na obu elementach jest taki sam ciężar, no nie? 

Czyli ma być tyle samo zła, ile dobra, tak?

Tak, ale nie chodzi mi przy tym w żadnym razie o to, że na każdego uratowanego szczeniaczka jednego powinno się utopić. Wydaje mi się, że samo zło, albo samo dobro, nie jest „wolą Mocy” (to nie jest aż tak wielka herezja, motyw „zbyt dużego światła” jest sugerowany w książkowej adaptacji Zemsty Sithów), stąd mieliśmy zagładę Zakonu, zagładę Imperium i… No tak, ponowną Zagładę Zakonu. 

Zmiany zachodzące w galaktyce to prawdziwa amplituda i aby wreszcie zapanował spokój, Moc najwyraźniej potrzebuje kompromisu. Można go osiągnąć w dwójnasób: albo wymieszaniem się ideologii Sithów i Jedi, albo zniszczeniem wszystkich istot posługujących się Mocą.

W moim rozumieniu Luke doprowadzi właśnie do jednego z tych dwóch rozwiązań, czy to przez szkolenie Rey bez ideologii zakonu, czy też przez poświęcenie się w starciu ze Snoke’em. 

Co by nie było, syn Dartha Vadera jest moim zdaniem ostatnim Jedi w dotychczasowym rozumieniu tego słowa.

Reklamy

3 myśli w temacie “Wybrańcy wbrew swojej woli? Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d blogerów lubi to: