Moc jest wokół nas, czyli Disney i Lidla się nie powstydzi

Luke-and-Rey-The-Last-Jedi-700x300

MOC JEST WOKÓŁ NAS, CZYLI…

Disney i Lidla się nie powstydzi, gdy zysk widzi.

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce… 
Disney zaczął prowadzić swoistą grę z widzami.
Nie wszystkim się to spodobało.

Właśnie do takiego stwierdzenia mógłbym ograniczyć swoje spostrzeżenia dotyczące sposobu promocji Ostatniego Jedi. Dlaczego akurat taki temat? Naczelny kazał mi odrobić pańszczyznę.

Oczywiście żartuję, wcale tak nie było. 

Przynajmniej nie do końca. 

Rzeczywiście, Mikołaj zwrócił mi uwagę na „problem”, jeżeli w ogóle możemy to tak nazwać. 

Postanowiłem się temu przyjrzeć, chociaż, wstyd się przyznać, kompletnie nie pamiętam, jak to wyglądało w przypadku Przebudzenia Mocy.

Ze względu na swój brak wiedzy postanowiłem ugryźć temat nieco inaczej. Mianowicie, kampanię promocyjną nowej części gwiezdnej sagi porównałem z podobnymi działaniami duetu Marvel/Disney przy okazji promowania filmów MCU oraz strategią reklamową studia Fox poszczególnych części sagi o przygodach kanadyjskiego Rosomaka. Nie będą to rozważania typowo komparatystyczne, a raczej najciekawsze, moim zdaniem, wtrącenia albo zwrócenie uwagi na ewentualne podobieństwa, czy różnice.

Żeby tekst był przystępniejszy podzieliłem go na paragrafy, opatrzone krótkimi tytułami mającymi w zamierzeniu potęgować zainteresowanie.

I) ILE WIEMY?

To chyba kluczowe pytanie przy okazji kampanii promocyjnej blockbusterów. Ile tak naprawdę zdradzają trailery? Czy pokazują kluczowe momenty fabuły, czy może wręcz przeciwnie, nie pokazują praktycznie nic?

W tym drugim przypadku możemy pokusić się o kolejny podział, mianowicie na: 

  1. „trailery przystawki”, czyli zmontowane z ujęć cieszących oko, ale tak naprawdę mało istotnych bez odpowiedniego kontekstu: lot jakiegoś statku, machanie mieczem świetlnym, przerażony Luke,
  2. „trailery zmyłki”, gdzie wszystko jest tak zmontowane, by sprytnie sugerować, bądź naprowadzać na fałszywe tropy – całkiem niezłym przykładem mogą być tu zwiastuny Wolverine’a, które sugerowały napakowany mordobiciem film akcji, albo… większa część materiałów promocyjnych Iron Man 3, zapowiadających poważniejsze podejście do tematu. W obu przypadkach efekt końcowy znacznie odbiegał od oczekiwań. Czy to dobrze? Na pewno nie do końca źle, ale i tak wszystko zależy od realizacji i jakości prezentowanej historii. 
  3. „trailery wnerwiacze” to mój ulubiony rodzaj zajawek! Ich jedynym zadaniem jest spowodowanie, by ośrodek mózgu odpowiedzialny za zdziwienie doszedł do poziomu nadaktywności. Znacie to aż za dobrze, kilka spokojniejszych scen, jakieś pitu, pitu, ze dwa ujęcia tego lecącego statku, wielgachny tytuł filmu, a potem BUM, na sam koniec niespodziewana bomba, najczęściej fragment dłuższego ujęcia, taka szpila wbita w… No, wiadomo w co. Przy trzeciej części przygód Thora był to Hulk gladiator, a Łotr 1 miał Dartha Vadera. 
  4. „trailery fałszywki” [nie chcę napisać, że kłamliwe] – chodzi o to, że twórcy nie przejmują się specjalnie montażem, a po prostu tworzą trailery ze scenami, które ostatecznie nie znajdują się w filmie, bądź przemontowanymi tak, by nie zdradzać fabuły. Powody takiego postępowania mogą być różne, czy to kwestia przeróbek, jak w przypadku Łotra 1, dokrętek, zmian koncepcji, czy szczerej chęci zachowania tajemnicy do samego końca ( tu kłania się z kolei Thor: Ragnarok i usunięta ze wszystkich trailerów bardzo istotna rana bohatera). I chociaż nie stygmatyzuję w żaden sposób, to szczerze Wam powiem, jestem zaniepokojony tendencją wzrostową tego rodzaju zagrań. Jasne, warto ciągle coś poprawiać i ulepszać, a promocja rządzi się swoimi prawami, ale na drugiej szali jest przecież równie ważny szacunek dla widza, prawda?

john-boyega-star-wars-the-last-jedi

Według mnie, w przypadku Ostatniego Jedi możemy mieć do czynienia z mieszaniną pierwszych trzech podtypów zajawek. To, że zdradzają fabułę jest oczywiste, ale czy robią to w jakiś przesadnie nadmierny sposób? Nie sądzę. 

Na dzień dzisiejszy wiemy tylko, że Luke i Rey będą się przekomarzać, Ruch Oporu powalczy z Nowym Porządkiem, będą dwa duże starcia (jedno w kosmosie, jedno na Crait), porgi są irytująco urocze/uroczo irytujące [niepotrzebne skreślcie] i Snoke wejdzie do gry.

Poza tym tak naprawdę nie wiemy co nas czeka, chociaż wałkowane „w koło Macieju” w kolejnych spotach te same sceny z troszkę innym montażem albo dodaniem nowej scenki wywołują kolejne fale dyskusji na temat kierunku, jaki obiera cała saga. 

A jeśli dodamy do tego Luke’a mówiącego że „czas Jedi przeminął”, albo wyciągającego rękę Kylo Rena, mamy gotowy przepis na nie dość, że najbardziej dyskutowany, to jeszcze najbardziej intrygujący film tego roku.

Ile z tego tak naprawdę się potwierdzi i ile scen tak naprawdę nie trafi do filmu? W pierwszej kwestii powiem „Oby jak najwięcej”, za to w drugiej mruknę tylko „Wręcz przeciwnie”.

II) SUGESTYWNOŚĆ PRZEKAZU

Disney całkiem sprytnie bawi się z widzami i to niezależnie od tego, jak sami się zakwalifikują. Każda zajawka, nieważne, czy trailer, czy piętnastosekundowy spot, to idealnie skrojony wabik na każdego możliwego osobnika, niezależnie od płci, wieku, czy poziomu zaangażowania w fenomen Star Wars.

Nie wierzycie?

No to proszę!

Dla najmłodszych mamy urocze porgi wyjące w najmniej spodziewanym momencie trailera. Młodzież płci obojga ma swoich bohaterów, zadziornie stawiających czoła przeciwnościom losu. „Bardziej wymagający” mogą liczyć na przedsmak powalającej warstwy wizualnej (przywodzącymi na myśl Blade Runnera 2049) oraz kilka „głębokich” tekstów. Tradycjonalistom przypada w udziale Chewie i Leia, a zmęczonym wiecznym starciem Dobra i Zła sugerowanie, że nie wszystko jest takie cukierkowe, jak się może wydawać. A wieloletni fani, sceptycznie nastawieni do całej tej historii, zostali przekabaceni jednym obrazem: Luke Skywalker w Sokole Millennium.

Nie jesteście ciekawi, co z tego wyniknie?

III) SPÓJNOŚĆ KAMPANII

Przy okazji tego podpunktu mogę się pochwalić, że jednak przypomniałem sobie o czymś istotnym z czasów promowania Przebudzenia Mocy. Mianowicie chodzi mi o słowa Marka Hamilla dotyczące kary grożącej mu za udzielenie informacji o tym, czy Luke Skywalker będzie w filmie czy nie. W przypadku Ostatniego Jedi jest bardzo podobnie.

Aktorzy udzielający wywiadów mają pozornie większą swobodę wypowiadania się niż przy pierwszej części Nowej Trylogii, ale nie oszukujmy się… Nawet nieodżałowana Carrie Fisher, podchodząca do całej franczyzy chyba z największym dystansem ze wszystkich grających tam osób (malkontenctwa Harrisona Forda nie liczę), nie przekroczyła podczas udzielania ostatnich wywiadów pewnych granic.

Z tego, co się orientuję, wywiady udzielane przez gwiazdy związane z promocją filmu muszą i tak przejść weryfikację studia. Trochę gorzej jest z występami na żywo, ale to, że ktoś tam rzuci, że Luke będzie mroczniejszą postacią, albo, że Rey pozna prawdę o swoich rodzicach, to nie są jakieś specjalnie konkretne informacje. Disney trzyma rękę na pulsie mocniej niż nam się może wydawać.

 

The Last Jedi plakat

Plotki, półprawdy, niedopowiedzenia, czy rzucona od czasu do czasu luźna uwaga w połączeniu z odpowiednio skrojonymi trailerami oraz sugestywnymi plakatami (kocham teorię o złoczyńcy zawsze na samej górze) tworzą potężnie oddziałującą na ludzi kampanię mającą przełożenie na box office.

IV) TRAILERY, PLAKATY, ULOTKI I…

W dzisiejszych czasach, kiedy informacja rozchodzi się po świecie z prędkością łącza internetowego, tak naprawdę wszystko może służyć promocji. Pamiętajcie, że w przypadku Ostatniego Jedi pierwsze (żart słowny niezamierzony) spojrzenie na trio głównych bohaterów mieliśmy chyba dzięki nadrukowi na pudełku klocków Lego, albo jakiegoś innego zestawu zabawek. Wygląd i odgłosy porgów poznaliśmy dzięki nagraniu działania pluszaka, a postać Snoke’a przybliżyła nam jego 13-centymetrowa, plastikowa zabawka. 

Żeby nie było żadnych niejasności… Jestem mega-geekiem i sam zbieram takie rzeczy. 
Nadal.

Co z tego, że mam 25 lat? Wiek akurat nie ma tu nic do rzeczy .

Naprawdę!

*

Podsumowując…

Cały problem leży więc w tym, że ludziom zaczyna przeszkadzać coraz widoczniejszy cynizm w promocji Ostatniego Jedi.

A przejawia się on…?

Ano, chociażby w tym, że wszystko, od niby przypadkowego zdjęcia pudełka po pojedynczą naklejkę na śniadaniówkach jest bardzo, bardzo dobrze przemyślaną strategią.

Serio? Teoria spiskowa?

Serio!

Jak już wskazałem, globalna promocja Ostatniego Jedi nie różni się od innych kampanii reklamowych filmów tego typu, czyli jest nachalna, wręcz agresywna, wielostopniowa, wielopoziomowa i nastawiona na grę na emocjach.

Zabawki mieszają się tu z wywiadami, pozorne spoilery ze strategią rozmywania prawdy przez sprzeczne wypowiedzi. Nie łudźcie się tym, że spoty zdradzają zbyt dużo fabuły, bądź aktorzy palną jakąś istotną informację – Disney doskonale dba o takie sprawy, a perspektywa utraty kasy skutecznie zamyka usta nawet największym gadułom. Do tego dochodzą klocki, kredki, przytulanki, gazetki, karteczki, segregatory, zeszyty, bielizna, pudełka śniadaniowe i sto tysięcy innych pierdół z niedorzeczną ceną dyktowaną odpowiednim logiem na tekturowym opakowaniu.

Swoje pięć minut mają nawet rzeczy tak pozornie nieistotne, jak… stickersy z Lidla
Dlaczego duchy Yody jest przezroczysty, albo co tam robi „duch Mocy” Imperatora, o Anakinie nie wspominając? Czyżbyśmy mieli ich zobaczyć w filmie, czy mają wyłącznie wartość kolekcjonerską?

Oczywiście, można się upierać, że takim działaniem Lidl podpina się pod Disneya i próbuje swoje trzy grosze wypompować z całego hype’u, ale czy ktoś śmie wątpić, że sieć spożywczaków zrobiła to bez jakiegokolwiek porozumienia z ludźmi pracujących dla wielkiej myszy? 

Zwłaszcza, że te dwie, malutkie, topornie wykonane, gumowe popiersia mogą się przełożyć na kilka biletów więcej.

Czy taki sposób promocji irytuje?

Mnie osobiście nie, ale doskonale rozumiem ludzi, którzy nie mogą zdzierżyć ciągłego bombardowania materiałami promocyjnymi. Jest to przyjemne, ale w pewnym momencie może naprawdę prowadzić do zmęczenia i raczkującej irytacji. Zwłaszcza, że w tyle głowy cały czas słyszy się głosik „Chcą kasę, chcą kasę, chcą kasę!”

Do tego dochodzi zamartwianie się, czy tak intensywna kampania nie jest podyktowana strachem o nową część bądź, chyba powszechniejsza wśród „prawdziwych fanów” (nie lubię tego określenia, ale jest użyteczne) nakierowanie Disneya na osoby nieznające bądź nielubiące Gwiezdnych Wojen i branie ich za pewnik.

Prawda jest taka, że Star Wars to istotnie gigantyczny, idący w miliardy dolarów zysku biznes, którego udziałowcy chcą wycisnąć jak najwięcej się da. 

Przy całej miłości do serii filmów nie unikniemy niestety tej cynicznej oczywistości. Wydaje mi się jednak, może nieco naiwnie, że dopóki filmy trzymają poziom, dopóki ukazują wszystko to, co pokochaliśmy w ich poprzednikach, można wybaczyć bezdusznym biznesmenom nawet i te dwie reklamy więcej. 

W każdym razie ja wybaczam. 

Póki co.


Rozważ wsparcie nas poprzez Patronite. Wszelkie środki, które dzięki Tobie uzbieramy, przeznaczymy na rozwój naszego portalu. Szczegóły po kliknięciu w odnośnik poniżej. Dziękujemy!

Patronite

Reklamy


Kategorie:Rebeliancka Kantyna

Tagi: , , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d blogerów lubi to: