Po pierwsze, nie hejtuj


Kylo ren trailer 2

Drogi, Prawdziwy Fanie Gwiezdnych Wojen!

Tak, do Ciebie piszę, Ty, który palcem wytykasz wszystkie błędy Ostatniego Jedi.

I do Ciebie, który jako jedyny wiesz najlepiej, co zrobiłby Luke w tak traumatycznej sytuacji. 

Do Ciebie też się zwracam, przekonany o Mocy mogącej przebudzić się jedynie w białym chłopaku, najlepiej o nazwisku Skywalker. 

Ty też możesz to odebrać osobiście, grzmiący na forach o „lewackiej propagandzie wylewającej się z każdego kadru VIII części Sagi”

Ty, niemogący zdzierżyć obecności silnych kobiet! 

No i ty, dla którego Rian Johnson to od 14 grudnia wróg numer jeden!

Wreszcie Ty, wołający, że Nowa Trylogia nie powinna być w oficjalnym kanonie. 

Tak, tak, nie odwracaj wzroku, jak jesteś wywoływany, wściekły na Disneya za „zniszczenie marki”

Nieomylny – we własnym mniemaniu – Geniuszu fabularny!

Zatwardziały Wyznawco Starego Kanonu!

Twardogłowy!

Oszalały z gniewu!

Rozczarowany!

Bojkotujący ten film i wnioskujący o jego zdjęcie!

Do Ciebie piszę, złożony z tysięcy Zbiorowy Podmiocie mojego listu! 

Piszę, bo proszę. Bardzo, bardzo, bardzo Cię proszę. Pozwól mi zająć trochę swego, niewątpliwie cennego czasu, moją historią. Jedną z wielu, ale inną niż wszystkie. 

Byłem tam gdzie Ty teraz i wiem, co czujesz.

Istnieje film, którego szczerze nie cierpię. Ba, nie tylko filmu. Szczerze mnie irytowało wszystko, począwszy od promocji przez trailery aż – rzecz oczywista – po samego reżysera. Nie, kochany Fanie, to nie jest żadna część Gwiezdnych Wojen. Nie, nie, nic z tych rzeczy. Chodzi mi o Batman vs Superman: Świt Sprawiedliwości w reżyserii Zacka Snydera.

Chciałbym, żebyś dobrze mnie zrozumiał, drogi Fanie. Nie cierpię, najszczerzej jak to tylko możliwe, nie cierpię tego filmu. Z jednego, niezwykle wyrazistego powodu. Jest tam element całkowicie, w stu dwudziestu procentach zmieniający optykę postrzegania kultowej postaci. Mianowicie, chodzi mi tutaj o mordującego Batmana.

„Tylko tyle?!” pytasz zapewne, z lekkim zażenowaniem i pewnie sporym rozczarowaniem. 

Tak, tylko tyle.

Tylko tyle i aż tyle, jeżeli weźmiesz pod uwagę, że jestem komiksowym geekiem, który – choć oddany całym sercem stajni Marvela – za najlepszego bohatera wszech czasów uważa właśnie alter ego Bruce’a Wayne’a. Znasz go, Fanie… Musisz go znać. 

Geniusz i miliarder, który klęcząc pomiędzy zamordowanymi z zimną krwią rodzicami wypowiedział brutalną wojnę przestępcom, gdzie nieprzekraczalną granicą było właśnie odebranie życia. 

Batman nie zabija i kropka. 

Cholernie wielka, jednoznacznie nakreślona siedemdziesięcioma latami rozwoju postaci, którą Zack Snyder postanowił zignorować. Tak po prostu, bez żadnego, konkretniejszego powodu.

A nie, przepraszam, był powód w wywiadach:

„Po 20 latach pracy w Gotham, Batman stracił nadzieję.”

I tyle.

70 lat, tysiące komiksowych historii, w których Batman traci bliskich, życie jego przyjaciół, towarzyszy broni i niewinnych, postronnych obserwatorów zostaje narażone przez tę jedną decyzję, że nie będzie zabijał. Filmy, gry komputerowe i seriale animowane ot tak wyrzucone do kosza.

„Ktoś tu sobie chyba jaja robi” pomyślałem, oglądając ten film w kinie. 

Nie mogłem tego tak zostawić, oj nie. 

Postawa koncyliacyjna dopuszczająca jakąkolwiek argumentację popierającą sensowność postępowania tego „Batmana”? O nie, to nie było w stylu prawdziwego fana komiksów. 

Tak wtedy myślałem, serio.

A skoro tak myślałem, musiałem działać. 

Działać w jedynym miejscu, gdzie mój głos będzie usłyszany. 

Wiadomo, jak na prawdziwego, współczesnego aktywistę przystało, zabrałem się za słowne fechtunki w różnych językach na Facebooku i jednym, czy dwóch forach internetowych. 

Głównie ten jeden portal społecznościowy dawał mi – mniej lub bardziej wymagających – sparingpartnerów.   

Ach, no i oczywiście dochodził do tego mój całkowicie prywatny, analogowy przyjaciel, niestrudzony orędownik twórczości Snydera. Chciałem go z tego miejsca serdecznie przeprosić i – wybacz Fanie wtrącenie prywaty – pozdrowić najszczerzej, jak tylko mogę.

Bo padały różne słowa. Oczywiście, mnóstwo było zdań merytorycznych, zarzutów całkiem dostatecznie uzasadnionych. Jednak prócz tego wylało się całe mnóstwo szamba, łącznie z osobistymi wycieczkami w stronę reżysera, scenarzysty, aktora, poddawania w wątpliwość ich talentu, zdrowego rozsądku, szacunku dla komiksów etc., etc. O tak, to była hejternia pełną gębą, przyznaję się bez bicia, podając jednocześnie najmniej soczysty opis moich niecnych poczynań. 

Byłem hejterem i było mi z tym dobrze.

Przynajmniej do jakiegoś 11 grudnia 2017 r., kiedy na stronie internetowej ze spoilerami przeczytałem kilka postów, po których przyszło opamiętanie. A po premierze doszło sporo polskojęzycznych tekstów, prócz opamiętania wzbudzających niemałe wyrzuty sumienia. 

Mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa.

Żeby nie było niejasności, to nie jest jakaś pseudo-moralizatorska gadka stylizowana na wyznania nawróconego alkoholika albo narkomana, absolutnie nie. Po prostu, stwierdziliśmy, że z początkiem Nowego Roku warto kilka takich, może trochę gorzkich słów napisać na temat zachowania fanów. 

Jak?

Poprzez zadanie kilku kluczowych pytań.

Czy w dzisiejszym świecie naprawdę wszystko musi być moje albo nie-moje?

Czy każdą, najmniejszą nawet pierdołę musimy rozpatrywać w kategoriach „swój” albo „wróg”?

Czy wreszcie, drogi „Prawdziwy Fanie”, na wszystko, absolutnie wszystko, musisz patrzeć przez pryzmat niedorzecznych wojenek polityczno-światopoglądowych?!

Bo ten tekst nie dotyczy gustów.

Nie, to byłaby gigantyczna hipokryzja z mojej strony. 

Dlaczego?

Po pierwsze, z racji wykształcenia. Już na pierwszym roku studiów dowiedziałem się, że w całym cywilizowanym świecie – do którego zaliczam naszą kochaną ojczyznę – każdy ma prawo do własnej opinii. Wolność słowa to świętość, mój drogi Fanie, czego obaj jesteśmy dowodami. 

Po drugie, z racji wychowania. Uważam się za człowieka kulturalnego, a mama zawsze mi powtarzała, że ludzie kulturalni o gustach nie dyskutują. Każdy ma swój i grzeczność wymaga ich poszanowania.

Nie, nie, ten tekst jest tylko i wyłącznie rozmową o granicach. 

Granicach hejtu, które w przypadku Ostatniego Jedi zostały przekroczone. 

Co ja mówię…

Przekroczone, podeptane, a potem przejechane walcem niedorzeczności. 

Za mocno?

To jak nazwiesz petycje „wściekłych fanów” o wycofanie filmu z kanonu, co?

Albo wybiórcze cytowanie słów Marka Hamilla, jakoby potwierdzających niechęć samego aktora do filmu?

Albo jakieś apele o to, by nie posyłać dzieci na ten film, bo „lewacka propaganda zrobi im wodę z mózgu”?

Mount Everest tych kuriozalnych poczynań stanowią pogróżki skierowane w stronę Riana Johnsona.

Pogróżki od kogoś mającego czelność nazywania się fanem. 

Żadna frustracja nie uzasadnia tak karygodnego zachowania.

On nakręcił film, na Boga, nie zaanektował Krymu ani nie zbombardował Aleppo!

Wiem, powiesz zaraz, że to nie Ty, że to jakiś margines marginesu, jeden procent jednego procenta. Zbyt radykalny Twoim zdaniem, ale od którego jednoznacznie się nie odcinasz, bo przecież wiele jego postulatów jest dobrze umotywowanych, a nawet, no cóż, jeśli nie słusznych to przynajmniej wartych rozpatrzenia. 

Właśnie przez to ich głos staje się słyszalny, tym wyraźniejszy, że niedostatecznie tłumiony.

Jest to zaś wynikową dziwnego zjawiska – powstałego nie wyłącznie, choć także z Twojej winy – że w dzisiejszym świecie, „Prawdziwy Fanie”, wszystko musi być osadzone na osi gigantycznego konfliktu. 

„Moje lub nie-moje.”

„Najmojsze lub do wywalenia.”

„Bo jest takie, bo za dużo silnych kobiet, bo za mało białych gości, bo za dużo udziwnień, bo lewactwo, bo Disney, bo ogłupiające…”

„BO JA TAK MÓWIĘ!”

„BO TO JUŻ NIE MOJE GWIEZDNE WOJNY!”

To mnie właśnie przeraża najbardziej… Ta Twoja pewność, że wiesz lepiej… 

Ta buta, ta arogancja, to niszczące jakąkolwiek radość z oglądanego filmu przekonanie, że to co widzisz jest złe, rani nie tylko mnie.

Przede wszystkim rani Ciebie. 

Nie, nie, niezbyt się o Ciebie martwię, „Prawdziwi” mają tendencję do przetrwania w każdych warunkach, przeżycia nawet widowiskowych autodestrukcji. 

Bardziej smuci mnie, że ta negatywna energia rozchodzi się po innych, mniej lub bardziej zadowolonych z Ostatniego Jedi widzówktórzy – zachęceni bądź zmuszeni zaprotestować przeczytawszy Twe opinie – dołączają do tej błędnej, samonakręcającej się spirali  groteskowych dysput. 

Twój zdecydowany, nieznoszący sprzeciwu punkt widzenia to pierwsza z przewróconych kostek domina rzędu radykalizacji całego, mitycznego fandomu. 

Słowa i opinie mają wartość, mój drogi Fanie, i czasem mi się wydaje, że nawet nie pojmujesz jak wielką. 

Dlatego proszę… Nie każę, nie apeluję, nie wyzywam i nie wzywam. 

Proszę. 

Najzwyczajniej w świecie.

Ogarnij się, prawdziwy Fanie. 

Nawet ja, gorący zwolennik odsunięcia Snydera od wszystkich możliwych projektów DC, nie wyobrażałem sobie pewnych słów, czy pewnych pomysłów, które pojawiły się po premierze nieszczęsnego Świtu Sprawiedliwości. 

Kiedy zobaczyłem całą tę frustrację spowodowaną rozczarowaniem fabułą  Ostatniego Jedi, zrozumiałem, że to, na co ja sobie pozwoliłem było złe. 

Bez samobiczowania – żałuję tego bardzo, bo każda, powtarzam, każda forma skrajnego radykalizmu jest zła, choćby nawet miała ograniczyć się do egzaltowanych deklaracji o VIII części sagi Star Wars.

Nie warto być hejterem. 

Chociaż boli, chociaż mierzi, chociaż nie spełniły się Twoje oczekiwania, sprawianie bólu innym, bo Ty cierpisz, to nie jest ani mądre, ani zdrowe rozwiązanie. 

Nie lubisz? Ok, Twoje święte prawo, ale daj lubić innym.

Nie zrozum mnie źle, nie od razu przyszła ta moja iluminacja. 

To jest najtrudniejsze, bo do wszystkiego trzeba dojść samemu. 

Żeby jednak to zrobić, potrzebna jest odrobina dobrej woli. 

Nie dużo, wystarczy troszeczkę cierpliwości i otwartości umysłu, niemożliwych przy takim hardcore’owym, kompletnie objechanym ekstremizmie postawy, że to, co większość ludzi widzi jako szare, dla Ciebie jest jednoznacznie białe bądź czarne. 

Nie mówię tego tylko w odniesieniu do Ostatniego Jediale też proszę, Fanie, nie bierz moich słów za jakiś pusty, górnolotny manifest światopoglądowy.

Na sam koniec powtórzę jak mantrę – każdy ma prawo nie lubić jakiegoś filmu. Każdy! 

Każdy ma też prawo wyrażać swoją opinię na ten temat. 

Istotne jest, w jaki sposób to robimy, jakich słów oraz środków używamy i czy tak naprawdę dopuszczamy do siebie inne, przeciwstawne opinie.

Ja na przykład dalej nie cierpię mordującego Batmana.

Serio, nic, nic tego nie zmieni. 

Powtarzam to głośno i tak często, jak tylko mogę. 

Zwłaszcza, gdy ponownie odpalam płytkę z filmem.

Tyle na dzisiaj!


Rozważ wsparcie nas poprzez Patronite. Wszelkie środki, które dzięki Tobie uzbieramy, przeznaczymy na rozwój naszego portalu. Szczegóły po kliknięciu w odnośnik poniżej. Dziękujemy!Patronite

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s