Czy potrzebujemy spin-offów w świecie Star Wars?

KenobiAStarWarsStory

Po raz nie-wiem-już-który wypadałoby zacząć felieton krótkim podsumowaniem tego, co było standardem w gwiezdnowojennym świecie jeszcze dziesięć lat temu. Nie znajduję już jednak żadnego w miarę racjonalnego wytłumaczenia dla zbyt rozbudowanego wstępu, w którym opisuję sytuację zmieniającego się rynku, dostosowywania dobrze znanej marki do kolejnego pokolenia odbiorców, utrzymywania poziomu artystycznego przy coraz agresywniejszych kampaniach promocyjnych, chyba poza tym, że chcę Was zanudzić już na starcie.

Myślę, że kurz bitewny rzeczywiście już opadł – wybaczcie ponowne wykorzystanie tego porównania, ale jest niezwykle trafne dla opisania tego, co działo się pod koniec zeszłego roku – i zdążyliśmy całkiem skutecznie okopać się po właściwych stronach barykady.

„Przekonani” co do nowego kierunku Sagi pozostają przekonani, niezależnie ile głupotek, nieścisłości, skrótów fabularnych i przekombinowań wskażą sceptyczni wobec strategii Disneya

Sceptycy zaś, z sobie tylko znanych, mniej lub bardziej racjonalnych powodów, także nie zamierzają odpuścić. Pozostaną przy swoim, choćby nie wiem co.

Jest to całkowicie zrozumiałe, w końcu – to akurat będę powtarzał ciągle, wciąż i nieustannie – każdy z nas ma prawo do własnej, indywidualnej opinii.

Właśnie dlatego, zamiast znowu bez sensu nawijać o rezonowaniu zmian społeczno-kulturowych na kinematografię, w duchu zgody wobec wzajemnego niezgadzania się, chciałem przejść do zasadniczej części swoich dzisiejszych przemyśleń, czyli uzasadnienia własnego zdania na temat spin-offów. Chciałem także, niejako przy okazji, zahaczyć delikatnie o znacznie szerszy temat, jakim niewątpliwie jest cała filmowa ofensywa Disneya.

Ale, ale… 

Po kolei.

Zacznijmy od tego, że gdybym miał Wam krótko i zwięźle przedstawić swoje zdanie, zmieściłbym je w dwóch krótkich słowach.

„To zależy”.

Usatysfakcjonowani?

Ja też bym nie był, dlatego już mówię, o co chodzi. 

Dzisiaj chciałbym się skupić tylko na najważniejszym aspekcie tego zagadnienia, mianowicie: to zależy od tego, kogo bądź czego będzie dotyczył spin-off. 

Wszyscy wiemy, jak bardzo rozbudowany jest świat Star Wars – ciężko już chyba w tym momencie mówić o „raczkującym Nowym Kanonie” – i każdy z nas zdążył znaleźć w nim coś dla siebie. Jest to na tyle pojemne uniwersum, że potrafi pomieścić, niemal każdą, możliwą do wyobrażenia historię, łącząc ze sobą kilkanaście różnych gatunków filmowych, czego dokładnym odwzorowaniem są wszystkie części głównej sagi. Ja, dla przykładu, jak już chyba zdążyliście się zorientować, najbardziej upodobałem sobie postaci Kylo Rena i Obi-Wana Kenobiego.

Tak się akurat składa, że jest to bardzo wygodne zrządzenie losu, ponieważ na uch przykładzie będę mógł kompleksowo przedstawić swoje ambiwalentne podejście.

Na początek ujawnię Wam jego bardziej otwartą wersję.

Otóż, jeśli chodzi o ewentualne wyjaśnienie przeszłości Bena Solo w formie filmu fabularnego – bo to, że powstanie książka lub komiks jest raczej nieuchronne – jestem jak najbardziej za. Widać, że twórcy Nowej Trylogii mają, nie dość, że oryginalny, to jeszcze ciekawy pomysł na tę konkretną postać i chciałbym dowiedzieć się o niej jak najwięcej. Zjawisko pytań, jakie się mnożą po obejrzeniu tak Przebudzenia Mocy, jak i Ostatniego Jedi, dotyczące tego czy innego zachowania, przypomina to, które towarzyszyło mi po pierwszym obejrzeniu Oryginalnej Trylogii w stosunku do Anakina/Vadera. Czuję ogromny niedosyt związany z odbiorem postaci Rena, jakby mi umykał jakiś ważny, konkretny element, który nie pozwala na pełne zrozumienie jego tragedii. Lakoniczne wyjaśnienia typu „(…) było w nim zbyt dużo Vadera” kompletnie mnie nie przekonują. Przecież od dawna wiemy, że zło dla samego zła jest płaską wydmuszką, podejściem co najmniej po macoszemu, etc., etc..

Bardzo chciałbym zobaczyć, jak wyglądała droga jego upadku, jak mogło przebiegać uwiedzenie przez Snoke’a (informacje z książkowej adaptacji Ostatniego Jedi o zupełnie innych planach Najwyższego Przywódcy tylko rozbudzają moją ciekawość), na ile za powstanie Kylo Rena odpowiada Ben Solo? Uważam, że byłaby to historia ze wszech miar interesująca, pogłębiająca odbiór postaci i ze zdecydowanie lepszym skutkiem niż odbyło się to w przypadku Anakina Skywalkera i Trylogii Prequeli

Warto też dodać, już na poczet kolejnych rozważań, że twórcy ewentualnego filmu mieliby ogromne pole do popisu – po usunięciu Starego Kanonu okres pomiędzy zniszczeniem drugiej Gwiazdy Śmierci a wręczeniem Poe nośnika informacji z fragmentem mapy nadal jest, jeśli nie „wielką niewiadomą”, to na pewno „w powijakach”. Mamy więc jasno określony, ciekawy cel i nadal nieograny motyw – a nawet kilka motywów, biorąc pod uwagę choćby sam wybór imienia, trening Bena w akademii jego wuja, czy kryzysy polityczne Nowej Republiki – przy stosunkowo niewielkim skrępowaniu dotychczasowym materiałem źródłowym. Z czysto cynicznego punktu widzenia dodam także, że znajome twarze i miecze świetlne z pewnością przyciągnęłyby widzów do sal kinowych, co z kolei przełożyłoby się na sukces finansowy – a przecież o to tu tak naprawdę chodzi, przynajmniej zdaniem niektórych.

Zanim ktoś uzna, że za bardzo się rozochociłem w tym snuciu planów, to spieszę uspokoić. Doskonale wiem, że taki film – przynajmniej w najbliższym czasie – nie ma najmniejszych szans na powstanie, między innymi właśnie ze względu na te „znajome twarze”.

A szkoda!

Z drugiej strony, gdzieś na horyzoncie widnieje już filmowy spin-off o losach Obi-Wana Kenobiego i powiem Wam absolutnie szczerze, boję się tego jak jasna cholera!

Nie zrozumcie mnie źle, bardzo się ucieszyłem, gdy usłyszałem, że istnieje taka możliwość. Kenobi w interpretacji McGregora jest moją ulubioną postacią z całej sagi, czemu dałem wyraz w kilku swoich poprzednich tekstach. Jednak po głębszym zastanowieniu nad możliwością powstania filmu, mój zapał znacznie opadł.

Dlaczego?

W przeciwieństwie do Kylo Rena, stosunkowo nowej postaci, co do której nie mamy jeszcze w pełni wyrobionego przekonania, Obi-Wan stał się czymś w rodzaju postaci-symbolu. W wyniku wielokrotnego oglądania tych samych filmów, a także czatania wiernych adaptacji książkowych, wyrobiłem sobie pewien obraz Kenobiego, osadziłem go w określonym kontekście. Okazało się, że było to na tyle mocne przeświadczenie, że kiedy pierwszy raz obejrzałem odcinki Wojen Klonów, w których sugerowane jest głębsze uczucie Obi-Wana do kobiety, zacząłem kręcić nosem. Niewiele mnie obchodziło, że ten wątek został rozwiązany bez większego wpływu na jedność uniwersum – swoją drogą dosyć topornie, ale to akurat częsta praktyka twórców tego serialu – po prostu, tak mi to nie pasowało do charakteru postaci, że do dzisiaj odrobinę mnie mierzi, kiedy o tym myślę. 

Tak, boję się też, że twórcy przekombinują i przedefiniują bohatera. 

Jestem świadomy, że zaraz podniosą się głosy o mojej hipokryzji. W końcu nie widziałem tego problemu przy okazji zaprezentowanego zgorzkniałego Luke’a Skywalkera. To prawda, nie widziałem, ale tylko dlatego, że materiał źródłowy dotyczący przemiany Luke’a jest, nomen omen, mniej więcej taki sam, jak w przypadku Kylo Rena. Znamy tylko jedno, w zamierzeniu decydujące wydarzenie, które pchnęło ich obu na ścieżki znane z Ostatniego Jedi

W przypadku Bena Kenobiego sprawa ma się inaczej.

Zemsta Sithów jasno określiła miejsce przebywania Bena pomiędzy powstaniem Imperium a wylądowaniem na Tatooine kapsuły z dwoma droidami, przy okazji obudowując je odpowiednią mitologią. O tym też już zdążyłem napisać wcześniej – pozornie złamany Jedi udaje się na wygnanie, by czuwać nad dzieckiem, które w przyszłości może odmienić losy galaktyki. Według mojej interpretacji, to jest właśnie jego nadrzędny cel, powinność, której oddał całe życie. Nieprzypadkowo Bail Organa nie wezwał go wcześniej chociaż – jak wiemy z seriali i, notabene, spin-offu Łotr 1 – miał porządne uzasadnienie, żeby to zrobić.

Do tego dochodzą komiksy Marvela, będące integralną częścią Nowego Kanonu. Już z nich dowiadujemy się, że Obi-Wan wcale nie spędzał tych lat na Tatooine bezproduktywnie – to walczył ze złym Wookiem, to ratował młodemu Skywalkerowi życie, to znów naraził się Jabbie, działając jako anonimowy bohater uciemiężonego ludu. Bardzo dużo ciekawych wątków zostało wykorzystanych przy tej okazji. Z kolei rozprawa z Maulem rozegrała się jako wątek poboczny Rebeliantów.

Co w takim razie pozostaje? 

Partyzancka walka z Imperium? Opuszczenie planety? Wtórne wykorzystanie wątków komiksowych?

Żadna z tych propozycji jakoś specjalnie mi nie gra, podobnie jak wikłanie Obi-Wana, oddanego ideałom Jedi, w wątki obyczajowe – po prostu nie potrafię wyobrazić sobie porządnie i sensownie przedstawionego romansu Kenobiego w jakiejkolwiek jego formie. 

Taki film kończyłby się albo śmiercią tej osoby albo wybraniem przez Kenobiego ideałów Jedi, co działałoby chyba jedynie jako kontrapunkt dla decyzji Anakina sprzed lat. Moim zdaniem coś takiego w żaden sposób nie służy bohaterowi – Trylogia Prequeli w wystarczający sposób przedstawiła racje Kenobiego.

Zostaje więc chyba tylko kontemplacja Mocy i trening w zdobywaniu umiejętności zachowania odrębnej świadomości po śmierci, ale to raczej zalatuje kinem filozoficzno-artystycznym – trudno z tego zrobić masówkę (tak, tak, znowu cynizm postronnego obserwatora Hollywood).

Oczywiście zwrócicie mi uwagę, że przecież spin-offy nie muszą dotyczyć bohaterów z pierwszych szeregów. Ba! Nie muszą być wcale związane z tymi bohaterami, a jedynie osadzone w świecie Gwiezdnych Wojen.

Jasne, zgadzam się w stu procentach!

Niech powstają gangsterskie filmy o przeszłości Boby Fetta. Monumentalne, epickie trylogie o wojnach z Sithami, thrillery polityczne z okresu Starej i Nowej Republiki, biografie Revana, Bane’a i Bóg jeden wie jeszcze kogo z dalszych szeregów. 

Tutaj spin – offy mają moje pełne poparcie.

Z bardzo prostego powodu. 

Im mniejszy stopień związania z dostępnym materiałem źródłowym, tym – niejako automatycznie – nie tylko większa dowolność przy tworzeniu scenariusza, ale generalnie zdecydowanie szersze pole do popisu oraz wolność artystyczna. Spójrzmy na Łotra 1 –jedynym elementem łączącym ten film z Sagą była informacja końcowa – rebelianci zdobyli plany Gwiazdy Śmierci.

Już na starcie znaliśmy zakończenie, a i tak twórcy zdołali nas zaskoczyć. Dostaliśmy głęboki, słodko-gorzki film z odpowiednią ilością Easter Eggów, mocno zarysowanymi bohaterami i wciągającą fabułą. Do tego dochodzi nasycenie go „duchem” Gwiezdnych Wojen, które powinno napawać wszystkich optymizmem. 

Skoro spin-off przecierający szlaki wyszedł tak dobrze, nie powinniśmy chyba się martwić prawda?

No, niby nie, ale…

Przed nami premiera Hana Solo: Gwiezdne Wojny – Historie

Podejrzewam, że wielu z Was odnosi moje obiekcje związane z Kenobim właśnie do tego filmu. Nieprzypadkowo, w stosunku do nadchodzącego spin-offu sam mógłbym powtórzyć większość argumentów. Mój – a chyba mogę nawet szerzej powiedzieć, że „nasz” – sceptycyzm tylko pogłębiła ta niezbyt chwalebna otoczka niedopowiedzeń, półprawd, zamieszania i ogólnego zniechęcenia. 

Po licznych perturbacjach, stosunkowo późnym i – jak na standardy Disneya – raczej nienachalnym marketingiem oraz wyborem daty premiery, sprawiającymi wrażenie, że samo studio spisało ten spin-off na straty, wielu fanów skreśliło już film z listy.

Oczywiście, mają do tego prawo, nie zamierzam rozpoczynać nagle jakiejś kampanii agitacyjnej na rzecz szturmowania kin, ale ja – przy wszystkich wątpliwościach – postanowiłem dać mu szansę. 

Czy uważam, że jest potrzebny?

Niekoniecznie, ale i tak go obejrzę.

Jedni powiedzą, że dałem się skusić socjotechnicznej strategii komercji. Inni powiedzą, że skoro łyknąłem Ostatniego Jedi, to przekonałby mnie nawet projekt Disneya o autorskim monodramie R2-D2. Mają do tego prawo, ale ja wiem swoje. 

Obejrzę go z dwóch powodów. 

Przede wszystkim z wrodzonej ciekawości. Jestem zwyczajnie, całkiem po ludzku ciekaw, co Howard i spółka mają nam do zaoferowania. 

Poza tym, nie zamierzam zamykać się na ich propozycje, bo tak. 

Wręcz przeciwnie, bardzo, bardzo chciałbym, żeby się temu filmowi udało. 

Chociaż mam co do tego złe przeczucia.

Tyle na dziś!


Rozważ wsparcie nas poprzez Patronite. Wszelkie środki, które dzięki Tobie uzbieramy, przeznaczymy na rozwój naszego portalu. Szczegóły po kliknięciu w odnośnik poniżej. Dziękujemy!Patronite

Reklamy


Kategorie:Gwiezdne Wojny - Historie, Rebeliancka Kantyna

Tagi: , , ,

1 reply

Trackbacks

  1. Czego spodziewam się po „Solo”? | Star Wars: Rebelianckie Szumowiny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d blogerów lubi to: