Za nami pierwszy od lat odcinek Wojen klonów, który rozpoczyna arc o Oddziale 99, czyli The Bad Batch. Jest to zarazem pierwszy z czterech odcinków, które uprzednio oficjalnie ukazały się w surowym stanie i teraz zostały w pełni ukończone.
Dlatego też nikogo nie powinno dziwić, że fabuła The Bad Batch niemal pokrywa się ze swoim niedokończonym pierwowzorem. Stacjonujące na planecie Anaxes siły Republiki pod dowództwem Windu i Skywalkera nie są w stanie pokonać armii Separatystów z uwagi na wyjątkowe taktyki wroga. Cody, Rex i tytułowy oddział Bad Batch wyruszają więc do cybercentrum, by zdobyć algorytm zapewniający przewagę admirałowi Trenchowi.
Mimo upływu lat historia nadal nie jest dla mnie zachwycająca, zaś wielkie odkrycie z finału odcinka traci jakąkolwiek wagę i przestaje być niespodzianką przez dodatkową scenę z początku, co do której odnoszę wrażenie, że jest zbyt dużym mrugnięciem oka do fanów, dającym do zrozumienia, że: „tak, to są właśnie odcinki o tym!”.
Oddział 99 w odświeżonym wydaniu prezentuje się… cóż, tak samo ekstrawagancko i mało ciekawie. Do bólu sztampowy skład, który znacznie częściej żenuje, irytuje i udaje, jaki to wspaniały nie jest. Choć okazjonalnie zdarzają się im rzeczywiście śmieszne momenty.
Z kolei na ogromne, ale to przeogromne brawa zasługują panie i panowie od animacji. Strona graficzna prezentuje się wybornie – z jednej strony nadal mamy stare, dobre, kanciaste TCW, jednak czuć powiew świeżości, zwłaszcza w kwestii oświetlenia i płynności animacji. W dodatku design Anaxes jest przecudny i wyjątkowy – miło w końcu zobaczyć je w całej okazałości. Również muzyka Kinera utrzymała swój wysoki poziom.
Podsumowując, powrót Wojen klonów na razie po prostu jest. Audiowizualnie stoją one na bardzo wysokim poziomie, szkoda tylko, że na pierwszy rzut dostaliśmy dobrze znaną, a w dodatku niezbyt interesującą historię.
Wizualnie, nostalgicznie jest bardzo dobrze powrócić do „Woj – [e] – ny Klonów”. Jestem mega na tak i wole ten 99 niż komiksowych patałachów z Imperium ;)