Recenzje

Oceniamy październikowe premiery komiksów z ery Wielkiej Republiki

Październik to wyjątkowy miesiąc dla komiksów z okresu Wielkiej Republiki – ukazały się aż 4 zeszyty należące do projektu. Do już od dawna wydawanych serii od Marvela i IDW (oraz podzielonej na części powieści graficznej o Ty Yorrick) dołączyła nowa miniseria zatytułowana Trail of Shadows. Jak wypadają wszystkie październikowe premiery? Przekonajmy się!

Zdecydowanie podtrzymuję swoją opinię na temat tego arcu z poprzedniego zeszytu. Relacje między bohaterami nadal wypadają bardzo naturalnie i po prostu uroczo, aż chce się chłonąć tę historię. Zgodnie z moimi życzeniami, małego rozwinięcia doczekała się także Sav Malagán i jej znajomość z Maz Kanatą. Jednak wątek teraźniejszości nie odgrywa tym razem centralnej roli, ba, niemal całkowicie wykreślono z niego Nihilów po dość istotnych wydarzeniach, jakie stały się ich udziałem w poprzednim zeszycie. Tutaj pierwsze skrzypce gra Maz i Qort, którego pochodzenie poznajemy. Okazuje się, że nasz aloxiański Jedi jest sierotą podrzuconą pod drzwi zamku na Takodanie. Na kartach komiksu poznajemy jego pierwsze chwile z piratką, obyczaje jego ludu, rolę charakterystycznej maski, którą nosi, a także jesteśmy świadkami jego pierwszego użycia Mocy.

To czarująca opowieść i cieszę się, że Daniel Older zdecydował się wyeksponować w swoim scenariuszu takie emocje, a także zwolnił z fabułą, pozwalając nieco odetchnąć bohaterom po ostatnich zeszytach wypełnionych akcją. Tak jak wspominałem miesiąc temu, przyzwyczaiłem się już nieco do nowych rysunków i choć raczej preferuję poprzednią kreskę, tak ta nie wypada źle. Całościowo kolejne komiksy z tej serii prezentują jednak coraz wyższy poziom z numeru na numer, więc już nie mogę doczekać się kolejnego.


O pierwszym zeszycie Trail of Shadows niestety nie mogę powiedzieć tyle dobrego, co o THRA – na razie wypada dość przeciętnie, a to za sprawą dwóch perspektyw, spośród których jedna wypada bardzo dobrze, a druga bardzo słabo…

Zacznę może od tej drugiej, która pada udziałem prywatnej detektyw Siany Holt. O ile początek i praca pod przykrywką w kapeli przygrywającej do kotleta w jakiejś knajpie na dolnych poziomach Coruscant wyglądały nad wyraz obiecująco, tak rozwinięcie wypada bardzo blado. Nie dowiadujemy się zbyt wiele na temat śledztwa i jego istotności dla fabuły zeszytu, działania Siany popadają w generyczność, kończąc się niezbyt efektownymi pościgiem i strzelaniną. O niebo lepiej wygląda na tę chwilę wątek Jedi Emericka Caphtora, zaczynający się prawdziwą bombą i widokiem trupa pewnej istotnej postaci, której śmierć widzieliśmy w finale The Rising Storm. Rolą Emericka staję się przeprowadzenie śledztwa dotyczącego tego zdarzenia, jednak problematyczny jest… brak jakichkolwiek śladów poza pogłoskami zdobytymi od pojmanych Nihilów, dotyczącymi pewnego posterunku. Emerick wiedzie tam oddziały wojsk Republiki, a na miejscu odkrywa przerażający sekret. Tak, przyznam się, że sam poczułem niemałe ciarki, zwłaszcza, że sekret ten był zwiastowany na przestrzeni całego zeszytu za pomocą… piosenki. Motyw ten wypada fantastycznie i niesamowicie buduje i tak interesujący klimat tej serii. Sam Emerick wydaje się być bardzo sympatyczną postacią, nie tylko z uwagi na towarzyszącego mu droida przypominającego BD-1 z gry Jedi: Fallen Order.

Skoro już wcześniej wspomniałem o klimacie, to kilka słów należy się także rysunkom, które wypadają bardzo dobrze i nie boją się kolorów, czy ciekawej kompozycji kadrów. Cieszę się, że przynajmniej na start inicjatywy The High Republic, wydawnictwo Marvel zdecydowało się zatrudnić rysowników prezentujących lepszy poziom od standardowego.


Cavan Scott po raz kolejny nie zwalnia tempa i serwuje nam zeszyt wypchany po brzegi ważnymi wydarzeniami, ciężkim klimatem i trudnymi decyzjami, nie stroniąc przy tym od uśmiercania lekką ręką znanych bohaterów. Keeve i Terec stają przed wyzwaniem postawionym im przez jednego z dowódców Nihilów, Zeetara – czy będą w stanie torturować byłą sojuszniczkę, Huttyjkę Myargę, czy też zasady Jedi przeważą, co będzie oznaczać ich zdemaskowanie? Rozpoczyna się więc powolne budowanie napięcia i odkładanie nieuniknionego, aż na miejsce przybędzie odsiecz kierowana przez Cereta i jego więź z bratem. Nie jest jednak zaskoczeniem, że w tej serii bohaterom nie idzie najlepiej i przykrywa dwójki Jedi dość szybko zanika. W tym momencie scenariusz puszcza wszystkie możliwe hamulce i zamienia się w jazdę bez trzymanki – na scenie pojawia się Lourna Dee i tajemniczy stwór z finału The Rising Storm, będący główną bronią Nihilów przeciwko Jedi, Myarga ginie, a los naszych bohaterów staje pod poważnym znakiem zapytania… Nie chcę dokładnie zdradzać, jak przebiegają wydarzenia w tym zeszycie, ale pod kątem wagi wydarzeń to prawdopodobnie najcięższy kaliber spośród dotychczasowych komiksów serii.

Specyficzny, budzący grozę klimat to także zasługa bardzo dobrych rysunków Georgesa Jeanty’ego, który może i nie dorównuje swoimi ilustracjami do regularnego rysownika serii, lecz w tym zeszycie spisał się znakomicie. Nie zawiodła także zaskakująco bogata kolorystyka, idealnie pasująca do mroku przedstawionych wydarzeń. Niesamowicie czekam na kontynuację, by przekonać się, co naprawdę potrafi Leveler, czy Keeve udało się przeżyć i dlaczego Sskeer traci kontakt z Mocą…


Zazwyczaj w tym miejscu kończyły się moje dobre słowa o komiksach z ery Wielkiej Republiki, ale tym razem The Monster of Temple Peak pozytywnie mnie zaskoczył. To nadal najsłabszy zeszyt spośród prezentowanej czwórki, jednak w końcu mogę powiedzieć, że nie był on zupełnie słaby. Choć na początku wszystko na to wskazywało, bo pierwsze strony to, chciałoby się rzecz, wręcz typowe karty tego komiksu, niczym wyjęte z generatora. Od razu przypomniałem też sobie, dlaczego nie cierpię głównych bohaterek i ich niesamowicie drażliwej relacji. Jednakże z każdą kolejną stroną zaczynało robić się coraz ciekawiej. Po raz kolejny błyszczały retrospekcje, w których Ty i Klias wspólnie odwiedzają opuszczony skarbiec, pełen związanych z Mocą artefaktów. Zaskakująco dobrze wypada także walka z tytułowym potworem oraz to, jak prowadzi ona do swoistego przebudzenia Ty, która zmuszona jest użyć Mocy. Ty nie robiła tego od dawna i szok przeżywamy w pewnym sensie razem z nią. Wkraczamy tym samym w decydującą fazę tego zeszytu i najlepszą część miniserii.

Jestem absolutnie zachwycony tym, w jaki sposób uchwycono korzystanie z Mocy i kontakt ze stworem za jej pośrednictwem – w takim wydaniu jeszcze się z tym nie spotkałem i żałuję, że nikt z czegoś takiego nie skorzystał. Podróż Tylery przez umysł zwierzęcia i własne lęki wypada przy tym naprawdę ciekawie, poprawiając mi nieco opinię na temat jej postaci. Mam nadzieję, że finał podtrzyma poziom ostatnich stron tego zeszytu i choć w pewnym stopniu wynagrodzi dotychczasową kiepską jakość fabularną, bo do rysunkowej nieustannie nie mam zastrzeżeń.

Podobne posty

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button

Wykryto Adblocka :(

Hej! Nasza strona to owoc pracy pasjonatów, lecz musi się również utrzymać! Działamy głównie dzięki reklamom, które wyświetlamy. Rozważ wyłączenie Adblocka, aby zapewnić nam możliwość dalszego dostarczania ciekawych treści.