Recenzje

The High Republic. The Rising Storm – recenzja

Do The Rising Storm podchodziłem z ogromnymi oczekiwaniami. Nie tylko pierwsza fala projektu The High Republic zrobiła na mnie spore wrażenie i nastroiła pozytywnie na nadchodzące powieści oraz komiksy, ale na dodatek autorem tej czołowej powieści drugiej fali jest Cavan Scott – na tę chwilę mój ulubiony twórca Gwiezdnych wojen, niezależnie od medium. Czy książka spełniła pokładane w niej moje oczekiwania? Przekonajmy się.

Fabuła rozpoczyna się około roku po wydarzeniach ukazanych w Świetle Jedi. Po bitwie w mgławicy Kur częstotliwość ataków Nihilów drastycznie zmalała, Zakon Jedi dalej kwitnie, zaś Republika przygotowuje się do nadchodzącego na planecie Valo Festiwalu Republiki – galaktycznej wystawy, na której zaprezentowana ma być kultura, historia i technologia różnorodnych planet, wchodzących w skład Republiki. Wydarzenie jest jednocześnie doskonałą okazją do ukazania nowego Wielkiego Dzieła kanclerz Liny Soh, jakim jest ogromny okręt medyczno-badawczy Innovator, oraz rozmów dyplomatycznych pomiędzy Republiką a nieprzychylnie do niej nastawionymi Togrutanami. Oczywiście nie wszystko idzie zgodnie z planem, bowiem radosne uroczystości prędko zamieniają się w walkę o przetrwanie na skutek nagłego ataku złowrogich Nihilów… W tym samym czasie wśród samych Nihilów dochodzi do zaskakujących walk o przywództwo, zaś Marchion Ro wyrusza na tajemniczą wyprawę, której celem jest odnalezienie broni zdolnej zniszczyć Jedi.

Przede wszystkim trzeba zaznaczyć, że jest to książka drastycznie inna od Światła Jedi – fabuła wymusiła zupełnie inną strukturę powieści, a akcenty są rozłożone zupełnie inaczej. Jest dużo poważniej (dwa ostatnie rozdziały wręcz ocierają się o horror) i konflikt z Nihilami nabrał rumieńców o naprawdę głębokiej barwie. W zasadzie od pierwszych stron nasi bohaterowie zostają wrzuceni w szereg niebezpiecznych sytuacji i nieustannie towarzyszy nam niepewność co do ich dalszych losów. Wraz z całkiem niezłą fabułą, w czasie której dzieje się sporo ważnych rzeczy, wydaje się, że to gotowy przepis na sukces… Nic bardziej mylnego.

Wspomniana już przeze mnie struktura powieści to wielka pomyłka. Na początku byłem zaskoczony absurdalną (jak na rozmiar książki, liczącej sobie 336 stron) liczbą 76 rozdziałów, jednak błyskawicznie przekonałem się, czym to jest spowodowane. Fabułę śledzimy powiem z perspektywy kilku bohaterów, które to perspektywy zmieniają się z częstotliwością pocisków wystrzelanych z karabinu maszynowego, czasem nawet kilkukrotnie w ramach tych króciutkich rozdziałów. Do tego, jeśli skupimy się na centralnym elemencie powieści, czyli Festiwalu, odkryjemy jak bardzo chaotycznie przedstawiona jest akcja i brakuje jej jakiegoś tematu przewodniego, co pozwalałoby tę akcję uporządkować albo skupić uwagę w konkretnym punkcie. W tej sytuacji zaangażowanie ze strony czytelnika praktycznie nie istnieje, bo trudno się na czymkolwiek skupić, jeśli w przeciągu 3 stron jedna grupa bohaterów walczy w Vectorach w atmosferze, druga ratuje tonących uczestników festiwalu, trzecia walczy z Nihilami na powierzchni, a czwarta biega gdzieś po terenie Festiwalu.

Dobrego słowa nie mogę też powiedzieć o tempie, bo to umiarkowanie wciąga na początku książki i nieźle oddaje nieuchronność nadciągających wydarzeń, jednak podczas Festiwalu zupełnie ginie, by powrócić w finale z szaleńczą wręcz prędkością – gdyby był to film, obawiałbym się, że mrugnięcie okiem spowodowałoby, że nie miałbym zielonego pojęcia, co się stało. Zresztą, sam finał to coś, czemu można by poświęcić zupełnie osobny tekst – to istny rollercoaster emocji i wydarzeń, które prawdopodobnie będą miały gigantyczny wpływ na całą erę High Republic. Minęło wiele dni od czasu, gdy skończyłem The Rising Storm, ale nadal dostatecznie nie otrząsnąłem się z tego, co tam przeczytałem.

Jak dotąd najjaśniejszym punktem Wielkiej Republiki były kreacje postaci, a po tej książce absolutnie nic się w tej materii nie zmienia. Po raz kolejny bryluje Elzar Mann – mój ulubiony bohater Światła Jedi powraca tutaj w zasadzie w głównej roli i, obok Keeve i Sskeera z komiksu, utwierdza się na pozycji najlepszej postaci całego projektu. Cavan świetnie go rozwinął, chociażby w oparciu o mroczną wizję, której Elzar doświadczył w finale poprzedniej powieści. Łącząc to z jego specyficzną relacją z Avar Kriss, przelotnym romansem z organizatorką Festiwalu i samym charakterem Elzara, który poznaliśmy wcześniej, otrzymujemy wybuchową mieszankę – ale przy tym zadziwiająco ludzką postać, która popełnia błędy i jest ich doskonale świadoma, szukając pomocy u innych. Jestem naprawdę zachwycony kreacją Manna i obym jak najdłużej mógł się cieszyć z jego obecności. Oprócz niego, sporą rolę odgrywa też debiutant w projekcie The High Republic – Stellan Gios. Względem niego żywię bardziej ambiwalentne uczucia, bo choć jest całkiem nieźle napisany i kryje się w nim ogromna wrażliwość (nie chcę spoilerować, ale mam na myśli TĘ scenę z panią kanclerz), to przez większość czasu zachowuje się, jakby połknął naprawdę pokaźny kij – mam nadzieję, że w przyszłych książkach ktoś zdecyduje się go już na zawsze wyciągnąć. Bardzo spodobała mi się nowa wersja Bella Zettifara, który prezentuje się jako zupełnie odmieniona postać, czego głównej przyczyny można upatrywać w tragicznych wydarzeniach ze Światła Jedi. Nie jest już czołowym comic reliefem, a o wiele dojrzalszym człowiekiem i padawanem, troszczącym się o innych, którego jednak nękają mroczne myśli i silne poczucie niepewności. Poza Bellem powraca zresztą cała ekipa z Elphrony i to nadal bardzo sympatyczni bohaterowie, których da się polubić, mimo skromnej roli w książce. Równie niewielki występ zalicza nowa postać – archiwista Jedi OrbaLin, który choć wygląda trochę na stereotypowego nerda z fiksacją na punkcie historii Zakonu, to jest naprawdę bardzo dobrze napisany i rozwinięty, ukazując podczas powieści niejedno oblicze.

Znacznie mniej zapadają w pamięć bohaterowie spoza Zakonu Jedi, spośród których na pierwszy plan wysuwają się dwie postaci. Ty Yorrick, kolejna postać debiutująca w erze, wypada niestety bardzo blado i przez całą powieść zastanawiałem się, dlaczego ona ma mnie obchodzić. Nie tylko nie wnosi zupełnie nic do i tak gęsto upakowanej fabuły, to jeszcze jest zwyczajnie nieinteresująca, zwłaszcza w sytuacji, w której ją obserwujemy – być może widząc ją jako “galaktyczną wiedźminkę”, na jaką jest kreowana, zmieniłbym zdanie. Drugą postacią, o której mówię, jest oczywiście Marchion Ro. Trudno jest mówić o jego małym wątku bez zdradzania fabuły, jednak fani jego kreacji ze Światła Jedi powinni być usatysfakcjonowani. Wystarczy jedynie, że powiem, iż jest on niezwykle klimatyczny i obleczony w ogromną liczbę tajemnic, rodzącą więcej pytań niż odpowiedzi. Reszta Nihilów niestety nie została rozwinięta równie mocno, co w poprzedniej powieści, jednak walki pomiędzy nimi o wpływy są jeszcze bardziej zażarte.

Jak wspomniałem wcześniej, The Rising Storm to powieść bardzo różniąca się od poprzedniczki. Światło Jedi było swoistym wprowadzeniem do zupełnie nowej ery, zaś powieść Cavana Scotta jest rozwinięciem Wielkiej Republiki i rozlokowaniem pionków na szachownicy przed całą resztą projektu, a w szczególności ostatnią falą pierwszej fazy. To książka, która oferuje nam więcej ciekawych bohaterów wrzuconych w znacznie bardziej wymagające sytuacje, jednak dla mnie to, w jakiej formie napisana jest ta powieść, zabiło ogrom radości z lektury.


Autor recenzji: Michał Żebrowski

  • Tytuł: „Star Wars: The High Republic. The Rising Storm”
  • Autor: Cavan Scott
  • Wydawnictwo: Del Rey, Cornerstone
  • Data premiery wydania: 29 czerwca 2021

Podobne posty

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button

Wykryto Adblocka :(

Hej! Nasza strona to owoc pracy pasjonatów, lecz musi się również utrzymać! Działamy głównie dzięki reklamom, które wyświetlamy. Rozważ wyłączenie Adblocka, aby zapewnić nam możliwość dalszego dostarczania ciekawych treści.