Recenzje

„Obi-Wan Kenobi” S01E06 – wrażenia z finałowego odcinka

Nareszcie nadszedł dzień premiery finału Obi-Wana Kenobiego i powiem o nim jedno – warto było czekać! Choć serial w ogólnym ujęciu nie ustrzegł się masy błędów i nielogiczności, to szósty odcinek z nawiązką nam je zrekompensował. Nie oznacza to jednak, że było perfekcyjnie, ale o tym w dalszej części tekstu. Uwaga, poniżej mocne spoilery!

Ostatni epizod był zwieńczeniem historii, na jakie w głębi serca mocno liczyłem, mogę więc z czystym sumieniem przyznać, że się nie zawiodłem. W końcu doczekaliśmy się zapowiadanego od dawna „rewanżu stulecia”, który rzeczywiście dorównał obietnicom twórców. Swojego zamknięcia doczekała się również historia Revy – było ono zaskakująco przemyślane i wiarygodne, biorąc pod uwagę jakość prowadzenia jej wątku w poprzednich odcinkach serii.

Fabuła zabiera nas do momentu, gdzie zakończyła się Część V. Buntownicy ścigani są przez gwiezdny niszczyciel Vadera i nie zapowiada się na to, by zgubienie pościgu było możliwe, nim padną tarcze ich statku, ostrzeliwanego z furią przez wszystkie działa imperialnej maszyny. Kenobi wie, że jego dawnemu uczniowi chodzi wyłącznie o niego, więc decyduje się na opuszczenie pokładu, by dać pozostałym szansę ucieczki. Z początku ani pasażerowie, ani Leia nie są zadowoleni z tego pomysłu, jednak wszyscy wiedzą, że Jedi ma rację – tylko on jest w stanie ich uratować, odciągając uwagę Mrocznego Lorda Sithów.

Jak zamierza, tak też robi. Protagonista zabiera zapasowy statek i odlatuje nim w kierunku nieznanej planety. To zmusza Vadera do do podjęcia decyzji: ścigać rebeliantów czy skupić się na swoim arcywrogu? Decyzja jest łatwa do przewidzenia i nawet rada Wielkiego Inkwizytora niczego w tej kwestii nie zmienia. Vader wsiada do osobistego promu, po czym kieruje się w ślad za byłym mistrzem.

Na powierzchni dochodzi do krótkiej wymiany zdań, po czym rozpoczyna się sekwencja, na jaką chyba wszyscy liczyliśmy – ostateczna walka starych przyjaciół. Obi-Wan odzyskuje dawną wiarę w siebie i połączenie z Mocą, dzięki czemu nie jest już łatwym przeciwnikiem dla Dartha. Walka jest długa i wyczerpująca dla obu stron, lecz Sithowi udaje się skruszyć grunt pod nogami Kenobiego (w końcu ma swój high ground!) i zasypać go stertą głazów. Wydaje się, że to już koniec, jednak chwila zwątpienia sprawia, że protagonista zaczyna wspominać minione wydarzenia oraz dzieci, które poprzysiągł bronić. To daje mu siłę do wydostania się z pułapki i ponownego podjęcia walki.

Powrót Obi-Wana najwyraźniej zaskakuje Vadera, który nie jest przygotowany na skuteczność i precyzję, z jakimi brodaty Jedi uderza teraz w newralgiczne punkty. Protagoniście w końcu udaje się uszkodzić pancerz Sitha… Potem robi to drugi i trzeci raz. Słyszymy charakterystyczny syk wydobywający się z uszkodzonego aparatu oddechowego, by po chwili Kenobi dokonał ostatecznego ciosu: teraz to Vader zasypywany jest gradem kamieni, po czym niebieskie ostrze miecza świetlnego przecina jego maskę. Naszym oczom ukazuje się część twarzy Anakina.

Zatrzymajmy się tu na moment. Cała ta scena byłaby niewiarygodnie klimatyczna i interesująca, gdyby nie fakt, że… gdzieś ją już widzieliśmy. Przecież dokładnie tak samo potoczył się pojedynek Ahsoki z Vaderem w finale 2. sezonu Rebeliantów. Czyżby twórcy naprawdę nie mieli pomysłu na oddanie emocji bohaterów, więc musieli w tym celu ordynarnie skopiować motyw z animacji? Nie zrozumcie mnie źle, wciąż wyglądało to przyzwoicie, a rozmowa Obi-Wana z Anakinem niosła w tym momencie potężny ładunek emocjonalny, ale dla fanów, którzy oglądali wcześniej Rebelsów, z pewnością wyczuwalny był spory dysonans – dla mnie był.

Przez chwilę Kenobiemu udaje się dostrzec dawnego druha, co ogromnie go porusza. Muszę przyznać, że Ewan McGregor wyniósł tę scenę pod niebiosa! Zagrał fenomenalnie, czyniąc ten fragment bodaj najlepszym z całego epizodu. Żal, smutek, ból oraz tęsknota za Anakinem po prostu wylewały się z mimiki podstarzałego rycerza Jedi.

Nie mija wiele czasu, nim Skywalker całkowicie ustępuje miejsca swojemu alter ego, a na jego twarzy maluje się jedynie nienawiść. W tym momencie Obi-Wan ostatecznie godzi się z faktem utraty przyjaciela, jednocześnie zamykając za sobą pewien rozdział swojego życia. Pozostawia Vadera pokonanego, upokorzonego i… jeszcze bardziej zdeterminowanego, by dokonać na zemsty.

Nie mogę oczywiście nie wspomnieć o gościnnym występie Iana McDiarmida jako Imperatora, wysłuchującego raportu swojego sługi. Palpatine daje Vaderowi do zrozumienia, że jego obsesja na punkcie dawnego mistrza staje się problemem, wymuszając przy tym, by zaprzestał pogoni i skupił się na ważniejszych kwestiach.

W tym samym czasie jesteśmy świadkami wydarzeń na Tatooine, gdzie dociera żądna „sprawiedliwości” Reva. Była Inkwizytorka wie już, że Owen Lars opiekuje się synem jej oprawcy – Lukiem Skywalkerem – a jej jedynym celem jest teraz zabicie chłopaka. Od mieszkańców miasta pozyskuje wiedzę o tym, gdzie znajduje się farma Larsów.

Owen zawczasu dowiaduje się, że życie Luke’a jest w niebezpieczeństwie, po czym pędem rusza z nim na farmę. Na miejscu Larsowie naradzają się, jaki powinien być ich kolejny krok – Owen chce ukryć swoją rodzinę, ale Beru stwierdza, że jedynym rozsądnym wyjściem jest obrona ich domu i przybranego dziecka.

Kiedy Trzecia Siostra dociera na miejsce, wywiązuje się zażarta walka między nią a farmerami. Trudne życie na Tatooine nie wychowało mięczaków, więc małżeństwo daje jej popalić. Ich większe szanse to do pewnego stopnia zasługa rany zadanej wcześniej Revie przez Vadera, jednak i tak trzeba im oddać, że walczyli jak lwy. Koniec końców Luke zmuszony jest do ucieczki w kierunku położonych nieopodal skał, a Reva rusza w ślad za nim, całkowicie ignorując Owena i Beru. Chwila pogoni kończy się zrzuceniem chłopca z wysokiej półki skalnej, w wyniku czego traci przytomność. Choć Reva ma możliwość zadania ciosu i dokonania swojej zemsty, nie jest w stanie tego zrobić – wciąż jest w niej dobro, które nie pozwala jej pójść drogą Anakina.

Całą sekwencję walki z Revą zrealizowano poprawnie i czuć było w niej spore napięcie, pomimo tego, że przeżycie Luke’a i jego wujostwa było sprawą oczywistą. Z pewnością osiągnięcie takiego efektu nie należy do najłatwiejszych, zatem twórcom należy się w tym kontekście uznanie.

W tym samym czasie na Tatooine powraca Obi-Wan, który wyczuł, że młodemu Skywalkerowi grozi niebezpieczeństwo. Gdy Jedi ląduje obok farmy, zastaje Owena i Beru nawołujących Luke’a. Groźnie wyglądająca sytuacja sama się rozwiązuje, kiedy Reva przynosi chłopca na własnych rękach. Dziewczyna w końcu zwalczyła swoje demony i nie uległa pokusie Ciemnej strony Mocy, zaś słowa Obi-Wana utwierdzają ją w tym, że dążenie po trupach do zemsty nigdzie jej nie zaprowadzi. Teraz zarówno ona, jak i Kenobi, są wolni, dzięki czemu mogą podążyć własnymi ścieżkami.

Na koniec dostajemy krótki epilog, przedstawiający małą Leię, ubierającą się samodzielnie w swój nowy strój (znacznie bardziej odzwierciedlający charakter kobiety, jaką poznajemy wiele lat później). Obi-Wan odwiedza Organów, chcących podziękować mu za pomoc w odnalezieniu córki. Widać, że między nim a Leią wywiązała się specyficzna więź, co lepiej tłumaczy, dlaczego w Nowej nadziei Organa zdecydowała się zwrócić po pomoc właśnie do niego.

Główny bohater powoli zamyka za sobą wiele etapów swojego życia, czego odzwierciedleniem jest wyprowadzka z samotniczej jaskini i pożegnanie z Larsami. Dociera do niego, że wujostwo będzie w stanie dobrze zaopiekować się małym Lukiem i paradoksalnie właśnie wtedy Owen przekonuje się do Obi-Wana, pozwalając mu na spotkanie z chłopcem w cztery oczy. Chyba nie muszę wspominać o „Hello there”? Przecież każdy to słyszał.

Odcinek zamyka widok protagonisty zmierzającego w kierunku pustyni, by po chwili jego oczom niespodziewanie ukazał się… Qui-Gon Jinn! Jak się okazuje, Jinn cały czas nie odstępował Obi-Wana i obserwował jego poczynania, lecz to Kenobi nie był gotów, by go zobaczyć. Jest to oczywiście alegoria pogodzenia się ze swoim losem i przeszłością, bez czego nie będziemy mogli rozpocząć nowego etapu naszego życia.

Część VI Obi-Wana Kenobiego stanowi zaskakująco satysfakcjonujące zamknięcie serialu, będącego zlepkiem wielu złych, dziwnych, konfundujących, ale też ciekawych i dobrych decyzji fabularnych. Obawiałem się średniaka, a dostałem… cóż, może nie najlepsze możliwe widowisko, ale coś, po czym wyłączyłem telewizor ze szczerym uśmiechem na twarzy.

Gdyby tylko cała seria wzbudzała podobne emocje, byłoby świetnie… Po ostatnim odcinku dochodzę do wniosku, że wszyscy wyszlibyśmy na tym lepiej, gdyby Obi-Wan Kenobi rzeczywiście był filmem, tak jak pierwotnie planowano, a nie rozwleczonym na sześć odcinków serialem, przez który trzeba się przebić, żeby dotrzeć do tego, co najlepsze. Jest to jednak moje skromne zdanie, więc macie pełne prawo się z nim nie zgadzać!

Podobne posty

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button

Wykryto Adblocka :(

Hej! Nasza strona to owoc pracy pasjonatów, lecz musi się również utrzymać! Działamy głównie dzięki reklamom, które wyświetlamy. Rozważ wyłączenie Adblocka, aby zapewnić nam możliwość dalszego dostarczania ciekawych treści.