Recenzje

Wielka Republika. Pośród cieni – recenzja

Justina Ireland już mnie w projekcie Wielkiej Republiki zdążyła pozytywnie zaskoczyć Próbą odwagi, więc nawet pomimo bardzo mieszanych opinii, jakich na temat recenzowanej książki zdążyłem się nasłuchać, podchodziłem do Pośród cieni bez nastawiania się na najgorsze. Liczyłem na równie dobre i wiarygodne portrety psychologiczne bohaterów, co w poprzedniej książce autorki, a także fabułę, która w interesujący sposób domknie wątki 2. fali pierwszej fazy The High Republic, ustawiając – przynajmniej dla części bohaterów – pionki przed finałową rozgrywką. Efekt końcowy przerósł jednak moje najśmielsze oczekiwania.

Fabuła osadzona jest jakiś czas po wydarzeniach przedstawionych w Burza nadciąga. Młoda rycerka Vern Rwoh i jej padawan Imri Cantaros przebywają na Latarni Gwiezdny Blask, próbując dotrzeć się w mistrzowsko-uczniowskiej relacji i rozszyfrować skryty dar Imriego, związany z Mocą. Po szeregu archeologicznych wypraw na stację powracają także mistrz Cohmac Vitus oraz padawan Reath Silas. Los splata wątki obu par, które zostają wezwane na Coruscant w zupełnie innych sprawach, ostatecznie okazujących się być ze sobą związanymi. A to wszystko za sprawą młodej pilotki Sylvestri Yarrow, która po tajemniczym wypadku nadprzestrzennym, obciążona traumą po niedawnej śmierci matki, przybywa do galaktycznej stolicy, poszukując odpowiedzi, jakich dostarczyć jej może dziedzic rodu Graf.

Zdaję sobie sprawę z tego, że powyższy opis może brzmieć bardzo lakonicznie i nazbyt ogólnie, ale de facto opisuje on co najmniej połowę powieści – i to bez zdradzania zwrotów akcji, których jest tu kilka (i są one dość istotne). Nic więc dziwnego, że aż do ścisłego finału płynie ona swoim powolnym rytmem, silnie skupiając się na protagonistach i ich rozterkach, zamiast na efektownych scenach akcji. Zaryzykowałbym wręcz stwierdzenie, że to jak dotąd najbardziej „bohatero-centryczna” powieść całego projektu The High Republic.

Sam finał również jest dość specyficzny. Spotkałem się z opiniami, że jest on zbyt pospieszny, a nawet sprawiający wrażenie, jakby wycięto z jego treści rozdział czy dwa. W pełni rozumiem ten punkt widzenia, lecz im więcej czasu mija od przeczytania, tym bardziej utwierdzam się w swoim stanowisku i chęci bronienia autorki. Nic więcej w tym finale potrzebne nie jest i wrzucenie pustych scen akcji nie pasowałoby tonalnie do całokształtu książki, tak mocno skoncentrowanej na głównych postaciach, zwłaszcza po kulminacyjnych momentach ich personalnych wątków.

Zdecydowanie najjaśniejszym punktem całej powieści jest przytoczona już relacja Vernestry i Imriego. Byłem pod wrażeniem, w jaki sposób autorka pokazała od pierwszych stron łączącą ich więź, jednocześnie nie rzucając na prawo i lewo ekspozycją na temat tego, co się z nimi działo od czasu ostatniego występu w Wielkiej Republice. Przez ten czas bohaterowie zostali znacznie pogłębieni i nie są aż tak jednowymiarowymi postaciami, jakimi mogli wydać się wcześniej. Świeżo rozwijany dar Imriego, związany z silnym odczuwaniem emocji innych osób poprzez Moc, świetnie nadaje głębi jego działaniom z Próby odwagi.

Z kolei Vernestrę nie tylko ciągle trapią wątpliwości związane z tak wczesnym ukończeniem prób na rycerza Jedi, ale na dodatek zostały doprawione wątpliwościami dotyczącymi wczesnego przyjęcia ucznia – i to niewiele od niej młodszego, co rodzi kolejne wątpliwości w kontekście relacji między nimi. Pobrzmiewają tutaj echa relacji Anakina i Obi-Wana, jednak z tej perspektywy w kanonie jeszcze jej nie widzieliśmy. Zagubienie Vern i próba odnalezienia w tym wszystkim właściwej drogi zostały zaprezentowane w naprawdę ciekawy sposób i nie mogę się doczekać kierunku, w którym jej postać zostanie dalej rozwinięta.

Drugą stronę monety protagonistów zdobi wizerunek Syl Yarrow. Choć przez jej często bezczelne zachowanie nie zawsze darzyłem ją dużą sympatią, tak nie mogę odmówić Ireland wykreowania naprawdę ciekawej bohaterki. Po stracie matki oraz utraceniu na rzecz Nihilów jedynego domu – statku – staje ona przed nie lada wyzwaniem, polegającym na zaopiekowaniu się załogą i poinformowaniu władz Republiki o wypadku. W pewnym momencie staje się to zresztą źródłem jej moralnego konfliktu i potrzeby ocenienia, o którą z tych rzeczy chce walczyć. I choć decyzja wydaje się oczywista, tak obserwowanie pewnego dojrzewania bohaterki oraz uświadamiania sobie, ile jest w stanie zdziałać, wypada naprawdę bardzo wiarygodnie.

Spojrzenie oczami Syl na Republikę (a w szczególności na Jedi) to też świetna okazja, z której Justina skorzystała w 100%, odmitologizowując Zakon i jego członków w oczach zwykłych ludzi. To już nie posągowi superbohaterowie, a momentami odklejeni od rzeczywistości mnisi, niemający pojęcia o tym, jak wygląda życie zwykłych, szarych ludzi – muszą się teraz liczyć z wieloma rozterkami na skutek wydarzeń przedstawionych w The High Republic.

Jakby tego było mało, czuć sporo serca w przedstawieniu trudnego związku Syl z Jordanną Sparkburn, a ostateczny los tej dwójki, choć może być odebrany za zbyt przesłodzony, wydaje się być doskonałą konkluzją wszystkich zmagań i przeszkód. Jordanna to zresztą ciekawy przypadek tej powieści. Jej wątek osobisty kończy się na dość wczesnym etapie, a dalsza rola skupiona jest niemal wyłącznie na emocjonalnej relacji z Syl oraz… kwestii jej powinowactwa z rodziną San Tekka. Wyczuwalne napięcie pomiędzy jej rodem a rodem Grafów to podgrzewający atmosferę przedsmak tego, czego możemy się spodziewać w 2. fazie The High Republic, związanej z eksploracją nadprzestrzennych szlaków w galaktyce.

Choć Cohmac i Reath są częścią grupy głównych bohaterów, traktowałbym ich bardziej jako postaci poboczne. Ich osobisty wątek jest w zasadzie nieobecny i przez większość czasu stanowią tło, choć nawet tam Justina odnajduje dla nich pewne zajęcie. Para Jedi na przestrzeni powieści stanowi ciekawy katalizator rozmyślań nad sensem i zakresem działań Jedi w obliczu trapiącego galaktykę kryzysu. Dlaczego tylko część z nich zaangażowana jest w pościg za Nihilami i pomoc pograniczu galaktyki, a reszta, jak gdyby nigdy nic, bierze udział w archeologicznych wyprawach, spędza czas nie wyściubiając nosa poza Coruscant albo zostaje oddelegowana w absurdalnie wielkiej liczbie do nadzorowania przedstawionej w powieści misji zwiadowczej? To pytania jak najbardziej warte rozważenia i mogę tylko żałować, że nie poświęcono temu aspektowi więcej miejsca.

Podobnie poboczną postacią jest Xylan Graf, dziedzic rodzinnej fortuny, który, choć przewija się przez większą część fabuły (a jego intryga w zasadzie popycha do działania protagonistów), to jego dość jednowymiarowy charakter i przywodzące na myśl Lando zamiłowanie do ubrań nie są czymś specjalnie interesującym. Tak samo zresztą jak jego babka, choć w jej przypadku przeczuwam znacznie większą rolę, być może w kolejnych fazach projektu.

Z uwagi na skromne role niewiele jestem w stanie powiedzieć o Nan, Lournie Dee, Mari San Tekce czy Ghirrze Starros, choć w przypadku tej ostatniej postaci, przy znajomości jej losów z 3. fali, podejmowane przez nią działania nabierają znacznych rumieńców.

Pośród cieni jest w gruncie rzeczy bardzo samodzielną powieścią – choć często wspominane są wydarzenia z festiwalu Republiki na Valo, pierwsza wspólna przygoda Vern i Imriego (wzmiankowana już Próba odwagi) czy Cohmaca i Reatha (W ciemność), tak żadne z tych wydarzeń nie odgrywa tutaj głównej roli ani nie sprawia wrażenia, jakby ich znajomość była wymagana do pełnego cieszenia się powieścią. Kojarzenie niektórych smaczków jest oczywiście zaletą, ale pamiętając kontekst większości z nich jak przez mgłę, absolutnie nie czułem potrzeby ponownego zapoznania się z nimi. Dla jednych to może być wyraźna zaleta… a dla innych wada, bo przy tak luźnym nawiązywaniu do pozostałych tworów Wielkiej Republiki, książka wydaje się być zupełnie samodzielną powieścią, pozbawioną większego znaczenia w kontekście całej historii ery.

Niespecjalnie wiem, co mogę powiedzieć o stylu autorki. Ci, którzy przeczytali jej poprzednie powieści, nie powinni być zaskoczeni, choć tym razem udaje jej się przekazać niektóre zagadnienia z większą subtelnością, unikając spodziewanej w książkach dla dzieci łopatologii. Nawet przy niewielkim natężeniu akcji czułem się bardzo wciągnięty w powieść i niespecjalnie miałem ochotę przerywać lekturę.

Bez zarzutu wypada oczywiście wydanie przygotowane przez wydawnictwo Olesiejuk. Książkę wydano w miękkiej oprawie ze skrzydełkami, na których tradycyjnie znalazło się kilka zdań o autorce oraz fragment powieści. Dłuższy opis fabuły znalazł się na tylnej okładce. W środku czeka na czytelników aż 496 stron, jednak jest to w dużej mierze efekt nieco większej czcionki, niż ma to miejsce w przypadku powieści dla dorosłych. Tłumaczeniem tym razem zajęła się niezastąpiona Anna Hikiert-Bereza, która poradziła sobie z tym zadaniem bez zarzutu. Nawet pod kątem redakcji wyszło tym razem bardzo dobrze, bo nie przypominam sobie ani jednego błędu – tak trzymać!

Osobiście jestem powyższą książką ze wszech miar zachwycony. Jeszcze przed startem całego projektu ułożyłem sobie w myślach listę elementów, składających się na moją wymarzoną powieść z The High Republic i voilà, oto ją dostałem. Skupienie się na przemyśleniach Jedi i ich roli, zaakcentowane wątki polityczne, porachunki między największymi galaktycznymi familiami, a w tym wszystkim miejsce na zwykłych, szarych obywateli i odrobinę kampu w postaci… kolejnych superbroni? Justina Ireland wszystko wykonała według zadanego przepisu, dostarczając drugą (obok Światła Jedi) najlepszą powieść z ery Wielkiej Republiki.


Autor recenzji: Michał Żebrowski

  • Tytuł: „Star Wars. Wielka Republika. Pośród cieni”
  • Autor: Justina Ireland
  • Wydawnictwo: Olesiejuk
  • Data premiery wydania: 27 kwietnia 2022

Podobne posty

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button

Wykryto Adblocka :(

Hej! Nasza strona to owoc pracy pasjonatów, lecz musi się również utrzymać! Działamy głównie dzięki reklamom, które wyświetlamy. Rozważ wyłączenie Adblocka, aby zapewnić nam możliwość dalszego dostarczania ciekawych treści.