Recenzje

Star Wars. Eskadra Alfabet – recenzja

Po długim czasie oczekiwania w ubiegłym miesiącu wreszcie na polskim rynku powitaliśmy pierwszą część słynnego „Abecadła„, jak wraz z grupą znajomych przechrzciliśmy najnowszą trylogię Alexandra Freeda – autora już doskonale nam znanego za sprawą uwielbianej przeze mnie Kompanii Zmierzch oraz beletryzacji filmowego Łotra 1. Ciężkie pióro, brutalny i uderzająco prawdziwy obraz wojny oraz bohaterowie z krwi i kości, którzy nieustannie upadają, by finalnie odnieść niejednoznaczne zwycięstwo – to nieodłączne elementy jego gwiezdnowojennej twórczości. Czy znalazły się one – a jeśli tak, to czy zadziałały – w środowisku pilotów Nowej Republiki, toczących wcale nie tak proste boje po bitwie o Endor? Przekonajmy się!

Jak już wspomniałem, akcja książki zabiera nas do pierwszych tygodni po zniszczeniu drugiej Gwiazdy Śmierci oraz śmierci Vadera i Palpatine’a. Rebelia została już oficjalnie przemianowana na Nową Republikę i toczy zażarte potyczki z pozostającymi w rozsypce resztkami Imperium, które decydują się na kontratak. I nie chodzi mi tu tylko o znaną już choćby z Battlefronta II Operację Popiół, która stanowi motor napędowy kilku wydarzeń, ale też działania niesławnego Skrzydła Cienia – imperialnego pułku myśliwców, gnębiącego strategiczne punkty swoich oponentów. Żeby sytuacja nie wyglądała jednak zbyt prosto, ze wspomnianej jednostki dezerteruje Yrica Quell – zdolna pilotka o skomplikowanej przeszłości, która nie może znieść dalszej walki po przegranej stronie. Z miasteczka dla dezerterów wyciąga ją agent rebelianckiego wywiadu, który planuje raz na zawsze pozbyć się zagrożenia ze strony Skrzydła Cienia.

Trudno coś więcej powiedzieć o fabule, bo na dobrą sprawę… nie ma jej wiele więcej. Pokrótce obserwujemy działania Skrzydła oczami obu stron barykady, jesteśmy świadkami zawiązania tytułowej Eskadry i jej pierwszych, nienajlepszych prób dotarcia się, aż wszystko znajduje swój wielki finał w starciu między dwoma oddziałami. Czy akurat tak skromna linia fabularna jest wadą? I tak, i nie. Z pewnością dawała mi się we znaki pewna ślamazarność (dopiero w połowie zawiązuje nam się Eskadra!) i brak tak zwanego „mięsa„, które potrafiłoby przyciągnąć mnie do książki na dłuższą chwilę. Powieść cierpi w dodatku na pewną dozę przewidywalności, gdyż od początku możemy domyślić się, w którą stronę to wszystko zmierza, co częściowo jest pokłosiem bycia otwarciem trylogii, pełniącym jednocześnie rolę origin story tytułowej grupy i jej członków. Jednak z drugiej strony, zepchnięcie fabuły na dalszy plan pozwoliło Freedowi skupić się na tym, w czym czuje się najlepiej, czyli na postaciach.

O tak, bohaterowie to zdecydowanie najsilniejsza strona Eskadry Alfabet, choć to jeszcze nie jest poziom kreacji, do którego przyzwyczaił nas autor (ale biorę poprawkę na to, że są jeszcze dwa tomy serii, które mogą świetnie spełnić tę rolę). Każdy z pilotów tytułowego oddziału wyróżnia się pewną charakterystyczną cechą, jednak nie stanowi ona centralnego elementu ich osobowości i nie sprawia, że wątek każdej z postaci orbituje tylko dookoła danego motywu. I tak Yrica zmaga się z wagą swojej decyzji o zmianie stron i presji, jaką odczuwa jednocześnie pierwszy raz będąc dowódcą, jak i będąc zmuszoną do eliminacji swoich byłych przyjaciół; Wyl Lark pragnie jedynie wrócić do domu, który opuścił dobrowolnie, a pomimo niesamowitych zdolności pilotażu wydaje się być niesamowicie empatyczny i melancholijny; Nath Tensent również jest dezerterem, a przy okazji przeszedł w życiu przez wiele bardziej szemranych grup, które skrzywiły jego poczucie moralności i lojalności, choć paradoksalnie wydaje się najbardziej chętny do integracji grupy; Chass na Chadic jest wręcz zauroczona Jyn Erso i chce pójść w jej ślady… poświęcając się w wyjątkowo emocjonalny sposób, co wynika częściowo z losów jej poprzedniej eskadry; z kolei Kairos to tajemnicza i milcząca postać, jednak z zaskakującym talentem artystycznym. Choć wydaje się to być mieszanką wybuchową, tak wzajemne relacje między postaciami i to, jak niektóre spośród ich wątków oddziałują na pozostałych czy rezonują z ich decyzjami, wypada fantastycznie. Zwłaszcza, kiedy wraz z kolejnymi stronami bohaterowie powoli odrzucają zewnętrzną skorupę i odsłaniają swoje wnętrze, marzenia i przeszłość, która świetnie uzupełnia ich obecne działania.

Nie mogę też nic zarzucić dalszoplanowym bohaterom. Agent wywiadu Caern Adan, a zwłaszcza jego droid IT-O, tworzą niezwykle barwny i doświadczony przez lata konfliktu duet, a bardzo miłym dodatkiem do floty Nowej Republiki była generał Hera Syndulla. Bardzo mocno spodobała mi się także zagadkowa postać Devona z jednego wątku pobocznego, jednak wstrzymam się od dalszych komentarzy w obawie o czytelników, którzy jeszcze Eskadry nie przeczytali. W przeciwieństwie do tego, czego się spodziewałem, bohaterami powieści raczej nie są same statki. Jasne, odgrywają one niebagatelną rolę i bohaterowie spędzają za ich sterami naprawdę konkretną część powieści, jednak czy znajdziemy tutaj szereg opisów technologii, sterowania i prowadzenia kosmicznych potyczek między okrętami małej skali? Prawdopodobnie więcej niż w innych powieściach ze świata Star Wars, jednak nie nastawiajcie się na zbyt wiele. Myśliwce to tylko pretekst do podkreślenia różnorodności bohaterów i postawienia ich w trudnych sytuacjach. Otaczająca ich pustka kosmosu i kruchość życia pozwala znaleźć ujście dla siedzących w nich emocji.

Freed nie boi się też rozszerzać naszej wiedzy o stanie świata między bitwą o Endor a bitwą o Jakku. Choć niewiele dowiadujemy się o samym przebiegu Operacji Popiół, to swego rodzaju „filozoficzne” rozważania nad jej sensem i potrzebą stanowią całkiem odświeżający suplement do treści. O wiele mocniej niż choćby w serii Koniec i Początek podkreślony jest szok, jaki spotkał Rebeliantów po ratyfikowaniu przekształcenia Sojuszu w Nową Republikę. Wzrost biurokracji i konieczność oficjalnej autoryzacji szeregu decyzji, uszczuplenie zasobów, ogólne nieprzygotowanie do rządzenia galaktyką i dalsze podążanie partyzancką drogą, zamiast bardziej dojrzałych działań militarnych nadaje… chciałem powiedzieć kolorytu, ale de facto wprowadza do powieści wyprane z kolorów odcienie szarości. Po raz pierwszy mogliśmy też postawić nogę w miasteczkach dla dezerterów czy porwanych imperialnych wojskowych, a gracze Star Wars: Squadrons powinni szerzej uśmiechnąć się widząc jedno nazwisko, choć patrząc na daty premiery, to raczej wspomniana gra zaczerpnęła je z powieści. Niestety, niewiele wspólnych części znalazłem między tą powieścią, a miniserią komiksową TIE Fighter od wydawnictwa Marvel, która wspierała premierę oryginału i przedstawiła nam przeszłość Skrzydła Cienia przed bitwą o Endor. Lektura komiksu w żadnym wypadku nie jest więc wymagana i w niewielkim (albo wręcz żadnym) stopniu potęguje wrażenia z książki, choć polecam ją głównie ze względu na fantastycznie narysowane bitwy kosmiczne. Kończąc dygresję, przejdźmy do ostatniego punktu recenzji…

Mianowicie tego, jak wypada pióro autora i polskie wydanie. To pierwsze jest zaskakująco lekkie. Jak pisałem we wstępie, Alexandra kojarzę z tego, że pisał dobrze, lecz nie czytało się tego najłatwiej. Tutaj od samego początku marszczyłem brwi ze zdziwienia, kiedy pochłaniałem stronę za stroną, nie natrafiając na jakieś dłużyzny i fragmenty wymagające większego skupienia niż zazwyczaj. Jednocześnie książka, a zwłaszcza jej początek, ma naprawdę ciekawy i dość unikalny klimat, którego nie spotkałem dotąd w książkach ze świata Star Wars. Najbliżej mu do wspomnianego już wcześniej Squadrons, ale nadal nie są to identyczne odczucia. Trudno mi jasno określić, czym się objawia i czy to wyłącznie pochodna myśliwsko-militarystycznej tematyki, zwłaszcza, że wraz z wysunięciem jej na pierwszy plan czułem się coraz bardziej jak w gwiezdnowojennym domu.

Nie mam porównania z oryginałem, ale nie wykluczam, że styl może być związany z tłumaczeniem, za które odpowiedzialny był Krzystof Kietzman. Poza wyczuwalnym luzem, który trochę gryzł mi się z treścią, nie mam mu nic do zarzucenia – zresztą sama lekkość tekstu dla wielu może być wyraźną zaletą. Olesiejuk wydał książkę w dobrej i sprawdzonej już formule – w miękkiej oprawie ze skrzydełkami, na których zawarto dłuższy opis fabuły oraz informacje o autorze. Cała powieść liczy niemal 530 stron.

Odpowiadając na pytanie postawione we wstępie – tak, Eskadra Alfabet jest tym, czego powinniśmy oczekiwać, a jednocześnie jest to książka, która moim zdaniem powinna przypaść do gustu szerokiej grupie fanów. Jest przystępniejsza od pozostałych powieści autora i stanowi bardzo obiecujące otwarcie trylogii osadzonej w niezwykle ciekawym okresie, którego nie boi się rozwijać. Zgraja przypadkowych pilotów, połączonych jednym celem potrafi błyskawicznie skraść serce i nawet jeśli Wasze osłony padną i zmęczycie się fabułą, to emocjonalna strona bohaterów, niczym odpowiednio rozdysponowana moc myśliwca, powinna utrzymać Was przy lekturze i dowieźć do spektakularnego finału. Tylko żałować, że nie mamy możliwości wskoczenia do nadprzestrzeni i błyskawicznego przeniesienia się do stycznia, kiedy to pojawi się w Polsce tom 2.


Autor recenzji: Michał Żebrowski

  • Tytuł: „Star Wars. Eskadra Alfabet”
  • Autor: Alexander Freed
  • Wydawnictwo: Olesiejuk
  • Data premiery wydania: 13 października 2021

Podobne posty

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button

Wykryto Adblocka :(

Hej! Nasza strona to owoc pracy pasjonatów, lecz musi się również utrzymać! Działamy głównie dzięki reklamom, które wyświetlamy. Rozważ wyłączenie Adblocka, aby zapewnić nam możliwość dalszego dostarczania ciekawych treści.